Zaszufladkowane? [recenzja]

Wieża z klocków, na zdjęciu Magdalena Myszkiewicz, fot. P. Nykowski

„Wieża z klocków”, na zdjęciu: Magdalena Myszkiewicz, fot. P. Nykowski

 

Istnieje ryzyko zaszufladkowania obu dramatów gdzieś w głębi podświadomości. Gotowe, przyklejone etykietki – można opakowane opisy wrzucić do szufladki z opisem „teatr”. Ale czy na pewno warto? O spektaklach „Dziecko” i „Wieża z klocków” pisze Katarzyna Kowalewska.

 

Droga do celu: „Dziecko”

Tęcza przedstawia zgoła niezwykły widok. Wielka, wykonana z połyskującego materiału, migocąca, w wymownym kształcie górnej połowy serca. Reprezentacja kiczu, fałszu, udawania – udanej dobroci, udanego miłosierdzia. Pod nią skumulowane półeczki – cała równiutko ułożona masa, jedne obok obok drugich i na drugich – niesamowity twór formalizmu. Tęczowe światło nie ma w sobie ciepła. Biało-zielone obrotowe półki nie przywodzą na myśl szpitalnej estetyki.

Para głównych bohaterów dramatu wkracza w świat fałszu i obłudy. Zaczyna walkę o adopcję dziecka, ale w tym celu musi rozpocząć proces wcielania się w role formalnie idealnych rodziców – z kościelnym ślubem od kilku pokoleń, wierzących, pijących tak, by nikt tego nie widział. W świecie formułek, dokumentów, pism, podań – świecie litery prawa oraz niepisanego uzusu – dziecko schodzi na plan dalszy. Paradoksalnie więc, dziecko w „Dziecku” schodzi na plan dalszy. Jest odległym celem, coraz bardziej odrealnianym, bo prowadzi do niego droga pełna udawania, fałszywych, wyuczonych zwierzeń, zmienionej historii rodzinnej i własnej. Czy po tak długich zmaganiach powrót prawdy i szczerości jest jeszcze możliwy? Jak po takich przejściach zbudować szczerą relację z dzieckiem i stworzyć szczęśliwą rodzinę?

„Dziecko”, na zdjęciu: Ewa Sobczak, Michał Lewandowski

„Dziecko”, na zdjęciu: Ewa Sobczak, Michał Lewandowski, fot. P. Nykowski

Miejsce na miłość

Proces działania machiny urzędniczej przypomina mi układ owych półeczek znajdujących się pod wybrakowanym sercem ze scenografii. Potencjalni rodzice muszą zostać prześwietleni, ich osobowość oraz historia rozłożona na części, skategoryzowana i zaszufladkowana tak, by mieścić się na poziomie urzędniczych formułek. W owym procesie nie ma miejsca na emocje, na indywidualizm, na ludzkie współczucie. Obowiązuje system binarny – tak, nie, dobrzy rodzice adopcyjni muszą wpasować się w schemat. Gdzie tu miejsce na człowieka, zarówno tego małego, jak i dorosłego? Gdzie miejsce na miłość?

W „Wieży z klocków” tej przestrzeni jest znacznie więcej, mimo iż jest to kameralny monodram, w którym aktorka przebywa w metalowych ramach otwartego sześcianu. Dla mnie to opowieść o dwóch o dwóch odrębnych światach, dwojgu ludziach, matce i dziecku, którzy muszą odnaleźć wspólną płaszczyznę, nić porozumienia i na niej zbudować własny dom. To właśnie tę płaszczyznę symbolicznie ograniczają metalowe ramy sześcianu. Nie jest ona zbyt wielka, ponieważ na początku relacji matka i dziecko są prawie zupełnie obcymi ludźmi. Niesamowitym zdaje się, jak w tej przestrzeni udaje się zbudować coś niezwykłego z drewnianych klocków – wciąż przesuwanych, przestawianych, ale tworzących pewne całości. Jest to także proces pewnego rodzaju porządkowania, nie jest on przytłaczający, lecz przede wszystkim kreujący. To szansa na uzyskanie harmonii ogniska domowego i niezwykłej relacji rodzinnej.

Światło

Ciepło, wzruszenie, humor to niewątpliwe atuty sztuki, podkreślane „sprawdzonymi” motywami muzycznymi. Jednak tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć, jest światło. Najczęściej trochę przygaszone, niczym w sypialni dziecka przed snem, ale mające w sobie ciepło i tajemnicę – jaką na zawsze jeden człowiek pozostanie dla drugiego, tajemnicę cudu życia, istnienia oraz miłości. Światło padające na twarz Magdaleny Myszkiewicz – podkreślające emocje, ale także to bijące z jej oczu – ukazujące szczerą wiarę w sens budowy. Światło, które pojawiało się gdzieś w środku w nas, odbiorcach, a które widoczne było już po tym, gdy zgasły sceniczne reflektory, a włączyło się oświetlenie widowni. Błysk w oku jednej z kobiet siedzących nieopodal, a który okazał się nieosamotniony.

Intelektualne etykiety

Istnieje ryzyko zaszufladkowania obu dramatów gdzieś w głębi podświadomości. „Debiut dramatopisarski Ingi Iwasiów łamie tabu i demaskuje machinę urzędniczą, jakiej muszą stawić czoła adopcyjni rodzice”. „Monodram Magdaleny Myszkiewicz to niesamowita opowieść o narodzinach uczucia między matką a adoptowanym dzieckiem, które staje się własne”. Gotowe, przyklejone etykietki – można teraz opakowane opisy wrzucić do szufladki z opisem „teatr”, ewentualnie do grupy bardziej szczegółowych szufladek z tego zakresu i koniec. Wtedy do osobnych miejsc mogą jeszcze trafić uwagi na temat scenografii i gry aktorskiej.

Do tej pory dźwięczą w pamięci słowa, które miałam okazję ostatnio usłyszeć, wychodząc ze spektaklu (innego niż wymienione w artykule). „No, intelektualnie, intelektualnie. Ktoś tu coś jednak pomyślał”. Nie zamierzam teraz oceniać przytoczonej uwagi. Bardziej interesuje mnie kwestia etykiety. Obejrzany przez autora przytoczonych słów spektakl trafił do szufladki z opisem „intelektualn(i)e”. Skłoniło mnie to do refleksji, jakie jeszcze etykiety można przypinać i przypina się spektaklom oraz jakie to ma znaczenie. Czy z przypinaniem takich etykiet dotyczących wrażeń: „intelektualne”, „wzruszające”, tematów: „adopcja”, „adaptacja”, innych czynników: „lokalny patriotyzm”, „moda” nie wiąże się pewne niebezpieczeństwo? Na przykład pominięcia istoty albo rzeczywistej wartości spektaklu? W jakim stopniu na naszą codzienność wpływa owa szufladka?

Podczas „Recyklingu Dziadów” we Wrocławiu Eimuntas Nekrošius poddał w wątpliwość zdolność teatru do wpływania na codzienność widzów. Czy teatr rzeczywiście „działa”, porusza tylko na chwilę, a później spektakle trafiają do szufladek i zostaje po nich mgliste wspomnienie lub sama etykieta? Czy możemy, chcemy i czy powinniśmy to zmienić? Jakie inne aspekty naszego życia szufladkujemy? Kiedy prowadzi to do ograniczenia, a kiedy jest to budujące?

Screen Shot 2017-02-20 at 23.13.59

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”

Autorka: Katarzyna Kowalewska