Zapraszam Państwa do ukłonów [WYWIAD / 40 LAT TW]

IMG_3127

Krystyna Zgud-Polaczek, lipiec 2015, fot. K. Paradowska

Dziś na blogu kolejny wywiad jubileuszowy. Naszym gościem jest Krystyna Zgud-Polaczek inspicjentka, która pracuje w Teatrze Współczesnym w Szczecinie od początku jego działalności.

Zacznijmy od zdefiniowania: kim jest inspicjent?

Według mnie jest to funkcja zdecydowanie służebna, choć inspicjent jest uważany za osobę, która kieruje, dyryguje spektaklem. Od inspicjenta zależy dokładny czas rozpoczęcia, wejścia wcześniej założonych elementów, pilnowania standardów, które zostały założone na próbach. Jest po to, aby ułatwić aktorom bycie za kulisami w trakcie spektaklu, a na próbach głównie pomaga, we wszystkim. Jest to praca odpowiedzialna o tyle, że jeśli coś się wali – winny jest inspicjent.

jubileusz_łozinska_zapasnik

„Jubileusz”, na fot. Sławomira Łozińska, Tadeusz Zapaśnik, 1976, fot. Janusz Piszczatowski

Zdarzyły Ci się spektakularne katastrofy?

Byłam świadkiem różnych katastrof, łącznie z pożarem. Pierwszy był w czasie grania „Jubileuszu”, pierwszej sztuki granej na naszej scenie. Nad łóżkiem wisiała lampa, która została pomyślana jako żarówka okryta gazetą. Pewnego dnia zapalił się ten abażur z gazety, spadł na łóżko. Teatr się pali w sekundę, bo to jest miejsce suche i pokryte kurzem. Przytomny strażak wszedł na scenę, zdusił ogień, publiczność przeczekała i akcja ruszyła.

A drugi pożar?

Drugi był za kulisami, tuż przed rozpoczęciem spektaklu, w latach 80. Od reflektora zapalił się paludament. Wtedy było groźnie, bo wszystko pod deskami sufitu zaczęło płonąć. Przy tym okazało się, że sprzęt, którym dysponowaliśmy nie jest sprawny. Strażak wszedł więc na drabinę i krzyczał „Wiadro wody, wiadro wody!”. Nikt mu nie dał, więc poszłam, nalałam, przyniosłam, podałam… i zachlapał (śmiech).

Czy ta praca zmieniła się jakoś istotnie na przestrzeni lat?

W naszym teatrze kilkanaście lat temu „pożeniono” funkcję inspicjenta z suflerem, czego dawniej nie było, to były oddzielne funkcje. Wtedy inspicjent miał większy wpływ na to, co się działo, teraz jest „uwięziony” przy egzemplarzu i to wydaje się być ważniejsze.

À propos suflera, w historii Teatru Współczesnego jest taki ciekawy epizod – znana dziś i ogromnie ceniona aktorka Beata Zygarlicka była suflerką. Miałaś poczucie, że ona ma większy potencjał niż praca za kulisami?

Ależ oczywiście, po prostu ją roznosiło! (śmiech). U mnie było odwrotnie. Ja wchodziłam do teatru zaczynając od ochoty na bycie aktorką. Czasem się wtedy komuś powiedzie, a czasem… życie weryfikuje.

Dlaczego nie zostałaś aktorką?

Byłam tylko jeden rok w szkole teatralnej, tam pewnie uznano mnie za mało utalentowaną… i… nie uwierzyłam. Poszłam do teatru, byłam na etacie adepta, a kiedy była potrzeba, pomagałam za kulisami, ale raczej chciałam grać. I grałam przez pierwszych kilka sezonów – w Tarnowie, Koszalinie i Poznaniu.

A później przyjechałaś do Szczecina?

Jak przyjechałam do Szczecina miałam już absolutnie dosyć „bycia z przodu”. Ale zdarzało mi się, w Szczecinie też, grać, kiedy np. konieczne były zastępstwa, a czasem nawet wchodziłam w jakieś obsady. Na przykład w „Lecie i dymie” grałam dziewczynę z kółka literackiego, w „Białym małżeństwie” grałam guwernantkę, w „Weselu” Kasię…

Czyli epizody?

Ha! Grałam nawet rolę tytułową u Macieja Englerta! W „Kobiecie zza zielonych drzwi”, grałam Kobietę zza zielonych drzwi, która się… nie pokazywała na scenie, ale się darła, bo była bita. Robiłam to tak udatnie, że maszyniści uważali, że Jacek mnie bija (śmiech).

Już wtedy byłaś żoną Jacka Polaczka?

Wtedy byłam, jak to się dziś ładnie nazywa, partnerką. Przez czterdzieści jeden lat byliśmy partnerami. W końcu się pobraliśmy. Byliśmy konkubinatem z najdłuższym chyba stażem w
Polsce… Wychowaliśmy dwóch synów i doczekaliśmy sześciorga wnuków…

Przyjechaliście do Szczecina razem?

Tak, kiedy zaczęliśmy tu pracę byliśmy już kilka lat razem. Jacek zagrał w pierwszej premierze teatru – „Jubileuszu” Redlińskiego, a ja ten spektakl prowadziłam, jako inspicjent.

W archiwach, w teczkach spektakli do 1989 roku są trzy egzemplarze – inspicjenta, suflera i… cenzora. Pracując w teatrze miałaś poczucie, że istnieje polityczny nacisk z zewnątrz, wobec scenariusza sztuki?

Miałam takie poczucie np. przy „Macbetcie” Eugene’a Ionesco. Autor wypowiedział się publicznie przeciwko naszemu ustrojowi. Spektakl na bazie jego tekstu wygrał festiwal Teatrów Polski Północnej w Toruniu, ale nigdzie nie mogło paść nazwisko Ionesco. Była więc nagroda, ale nie wiadomo było, kto jest autorem. Macbett, Makbet, Polska myślała, że to dzieło szekspirowskie. Ogólnie – cenzorzy przychodzili, grzebali w tekście, ale bardziej widoczne było to za biurkiem kierownika literackiego, który przygotowywał scenariusz do prób i musiał uwzględniać sugestie cenzora.

Macbett, 1976, na zdjęciu: , fot. Janusz Piszczatowski

Macbett, 1976, na zdjęciu: Jacek Polaczek, Jerzy Zelnik, Jerzy Ernz, Jerzy Korsztyn, Mirosław Gruszczyński, Tadeusz Zapaśnik, fot. Janusz Piszczatowski

Mówi się o historii teatru, jako o historii dyrekcji – bo to oni narzucają profil, myślenie o teatrze. Masz poczucie, że wraz z pojawieniem się kolejnych dyrektorów dokonywały się znaczące zmiany?

Zdecydowanie tak, choć zawsze przechodziło to łagodnie. Zmieniał się „teatralny smak” i zmieniała się publiczność. Dla mnie najbardziej wyraźną, różną od pozostałych, była dyrekcja Bogusia Kierca.

Pamiętasz jakąś historię związaną z publicznością?

Zabawne było wydarzenie, które miało miejsce w latach 70., kiedy graliśmy sztukę „Ludzie energiczni”. Pewnego razu na kolejny z granych spektakli przyjechała reżyserka, usiadła na widowni i bardzo się śmiała. Bileterka szepnęła: „Proszę ciszej!”. Kiedy podeszła bliżej, rozpoznała reżyserkę i powiedziała: „A nie, pani wolno ”.

Masz swoje ulubione spektakle na przestrzeni czasu – czterdziestu lat?

Bardzo lubiłam „Lato i dym” za jego obraz plastyczny. To było przedstawienie całe w sepii, jak ze starej fotografii, scenografię robił Marek Lewandowski i ona była… przecudowna, kostiumy tak wypracowane w beżach i kremach, że na to się patrzyło z ogromną przyjemnością. Marta Lipińska grała tu gościnnie, publiczność uwielbiała to przedstawienie. Lubię też spektakle, które często są kontrowersyjnie przyjmowane przez publiczność. Bardzo lubię teatr Ani Augustynowicz, nieustająco do mnie przemawia, wiem, co chce mi powiedzieć. Lubię czystość „braunowskiej” scenografii…

Moralność Pani Dulskiej, 2000, na zdjęciu: Grażyna Madej, Anna Januszewska, fot. Marek Biczyk

Moralność Pani Dulskiej, 2000, na zdjęciu: Grażyna Madej, Anna Januszewska, fot. Marek Biczyk

Ze spektakli Ani prowadziłaś ten najpopularniejszy, czyli „Moralność pani Dulskiej”.

To ukochany spektakl, „maszyna do grania”. Jak się zaczynało, to jakby włączał się silnik i szedł do końca na takich obrotach, jakby mknął przez S3. Bardzo to lubię.

Ponad dziesięć lat był grany?

Tak, w międzyczasie Mela babcią została… (aktorka grająca rolę Meli, przyp. red.)

Ile spektakli prowadziłaś spośród tych 229, które powstały na scenie Współczesnego? Liczyłaś?

Nie, nie liczyłam. Na początku byłam sama w teatrze, potem dwójka inspicjentów, a teraz jest nas trójka – Jola Szadkowska, Ania Pawicka i ja, z tym, że ja teraz pracuję na pół etatu.

Jak oceniasz czas najnowszy w teatrze? Ostatnie dziesięć lat – dużo młodych reżyserów…

Co jakiś czas był ktoś młody, natomiast ta ostatnia młodzież mi się podoba. Uważam, że wielu z nich jest bardzo utalentowanych. Mam przyjemność prowadzić choćby spektakl Kasi Szyngiery „Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja”. Widziałam, jak to się rodziło: były próby przeróżnego potraktowania tego tekstu, bo on w zasadzie jest niesceniczny i czasem… brnęliśmy w ślepą uliczkę. Ten spektakl „urodził się” w ostatnich dwóch tygodniach, ale na bazie wszystkiego, co było wcześniej napracowane.

Czy według Ciebie teatr bardzo zmienił się od roku 1976?

Moim zdaniem jedno jest tu niezmienne: poczucie zespołowości. To było wyraźne od samego początku, może dlatego, że zespół powstał „od zera”, był tylko budynek i grupa ludzi, która się „skrzyknęła”. I to, co zostało wtedy wypracowane ciągle było przenoszone dalej, ludzie się zmieniali, ale dobry duch tego teatru pozostał.

Jaki spektakl prowadziłaś w ubiegły weekend?

„Mad Women”. To była i jest frajda – praca z młodą, dziewczyńską ekipą przy spektaklu, który jest najlepszym przykładem tego genius loci zespołowości, unoszącym się nad naszym teatrem.

Dziękuję za rozmowę.