Tchnąć życie w postać [wywiad]

Wojciech Sandach w spektaklu "Skocznia w Jerozolimie" fot. P. Nykowski

Wojciech Sandach w spektaklu „Skocznia w Jerozolimie” fot. P. Nykowski

Do „Pana Tadeusza” musiałem nauczyć się jeździć na deskorolce, a do „Małego rodzinnego interesu” mówić po włosku. Przy „Białych balonikach” uczyłem się grać na kalimbie, a w „Życiu to sen” wyzwaniem było bieganie na obcasach i chodzenie w sukni z trenem. Uwielbiam uczyć się nowych rzeczy – mówi aktor Wojciech Sandach, z którym rozmawiają Julia Wróblewska i Konrad Traczyk w cyklu CZEGO NIE WIDAĆ.

Wiele osób marzy by grać w serialach, filmach, czy na scenie. Czy każdy może zostać aktorem? Trzeba mieć „to coś” czy wystarczy się tego nauczyć?

Uważam, że każdy, kto kiedykolwiek myślał o byciu aktorem powinien spróbować swoich sił i zdawać do szkoły teatralnej. Nigdy nie zdarzyło mi się komukolwiek powiedzieć „nie rób tego”, ponieważ uważam, że marzenia należy spełniać. Oczywiście porażka na egzaminach może być (i przeważnie niestety jest) bolesna. Dla niektórych będzie na tyle zniechęcająca, że więcej nie podejmą tej próby, innych może umocnić. Sam dostałem się dopiero za drugim razem i znam smak porażki. Pierwszy raz był bardzo bolesnym doświadczeniem, a znam osoby, które dostały się za piątym czy szóstym razem. Czasem więc trzeba mieć bardzo dużo samozaparcia i wielką wolę walki. Z drugiej strony sądzę, że na pewno trzeba mieć pewną dozę talentu. Na studiach można nauczyć się warsztatu – perfekcyjnej dykcji, impostacji głosu, świadomości ciała itd. – jednak “to coś” trzeba mieć.

W szkole teatralnej prowadzone są m. in. zajęcia z operowania głosem, czy można zostać aktorem nie potrafiąc śpiewać?

Ja jestem chyba tego najlepszym przykładem (śmiech). Bardzo nie lubię śpiewać i jakbym mógł, to bym w ogóle tego nie robił. Ale wiem też, że czasami jest to w spektaklu potrzebne, więc reżyser może tego ode mnie wymagać. Tak było na przykład w „Noclegu w Apeninach” w reżyserii Michała Zadary, do którego Jacek Szymkiewicz pisał muzykę i tam nie miałem wyboru. Musiałem przemóc się i zaśpiewać solo kilka piosenek.Wydaje mi się, że chyba brakuje mi pewności siebie w śpiewie, bo w grupowych piosenkach nie odczuwam wstydu.

Wojciech Sandach w "Noclegu w Apeninach" wraz z Kingą Piąty, fot. B. Sowa

Wojciech Sandach w „Noclegu w Apeninach” wraz z Kingą Piąty, fot. B. Sowa

W spektaklu „Kaligula” grał Pan nago. To wyzwanie dla aktora, czy po latach coś zwyczajnego?

To sprawa bardzo indywidualna. Dla jednych jest to wyzwanie, a dla innych nie. Jeśli o mnie chodzi – jest to pewne przekroczenie swojej intymności. W „Kaliguli” mieliśmy ten komfort, że mogliśmy zakrywać genitalia dłońmi. Przyjdzie pewnie czas, kiedy takiego komfortu nie będzie, ale każde wyzwanie i przekraczanie kolejnych granic w teatrze jest dla mnie ciekawe. Na tym polega dla mnie ta praca.

Plusy i minusy aktorstwa to…

Najważniejsze jest to, że ten zawód pozostawia dużą dozę wolności i nie jest to praca, która codziennie wygląda tak samo. Poza tym uwielbiam spotykać się z moimi kolegami i koleżankami. Momentami czuję się, jakbyśmy nigdy nie wyrośli z okresu dziecięcego – cały czas bawimy się na scenie niczym w piaskownicy. Nasza praca musi być dla nas zabawą, bo inaczej nie miałoby to sensu, jest to ciągłe poszukiwanie, poznawanie czegoś nowego. Uwielbiam uczyć się nowych rzeczy. Do „Pana Tadeusza” musiałem nauczyć się jeździć na deskorolce, a do „Małego rodzinnego interesu” mówić po włosku. Przy „Białych balonikach” uczyłem się grać na kalimbie, a w „Życiu to sen” wyzwaniem było bieganie na obcasach i chodzenie w sukni z trenem. A złe strony? Praca w teatrze polega na pracy z emocjami. Trzeba pamiętać, że to my nimi sterujemy i za nic w świecie nie stracić kontroli nad swoją emocjonalnością. Niełatwą też sprawą jest nienormowany czas pracy. Czasem zajęć jest tyle, że nie wiadomo „w co ręce włożyć”… i to raczej rzadko kogo martwi. Gorzej, gdy zasiądzie się na „ławce rezerwowych” i czeka na swoją kolej. Bywa to bardzo frustrujące. Wydaje mi się, że jedno i drugie może doprowadzić do wypalenia zawodowego.

Wojciech Sandach w "Kaliguli" wraz z Marcinem Korczem, Krzysztofem Wachem, Maciejem Litkowskim i Iwoną Dróżdż-Rybińską, fot. K. Bieliński

Wojciech Sandach w „Kaliguli” wraz z Marcinem Korczem, Krzysztofem Wachem, Maciejem Litkowskim i Iwoną Dróżdż-Rybińską, fot. K. Bieliński

Były takie momenty w Pana karierze, kiedy chciał Pan zrezygnować?

Na pewno były. Myślę, że pierwsze zwątpienie miałem już jakoś pod koniec szkoły. To nie jest droga usłana różami. Zdarzają są chwile zwątpienia. Szczególnie w momencie intensywnej pracy, kiedy traci się wiarę, czy to wszystko się uda i czy ma to sens… Albo też w momencie „przestoju”, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać czy na pewno nadaje się do tego zawodu. Bo być może po prostu nikt z nim nie chce pracować? Przeważnie jednak ten kryzys mija i wraca się do rzeczywistości.

Jaka jest Pana ulubiona sztuka?

Sztuką, którą mam zawsze w pamięci jest monodram Jana Peszka „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego”. Widziałem to dwa razy – będąc studentem, i rok czy dwa lata temu na finale Kontrapunktu. Jest to niesamowity pokaz kunsztu aktorskiego. Jan Peszek, mój profesor ze szkoły teatralnej jest wybitnym aktorem. Na jednym z festiwali widziałem też „Tęczową trybunę” w reż. Moniki Strzępki, to też był jeden z takich spektakli, które niełatwo się zapomina. Mógłbym wymienić jeszcze więcej, trudno mi wybrać tę jedną.

A ulubiona sztuka, w której Pan grał?

Na pewno długo będę wspominał „Wesele” Wyspiańskiego w reżyserii Anny Augustynowicz. Była to niesamowita przygoda i zarazem jedna z moich pierwszych prac. W spektaklu brał udział cały zespół Teatru Współczesnego i aktorzy gościnni. Dopiero zaczynałem i był to dla mnie niesamowity czas – pracowaliśmy nad tym dosyć długo, bo pół roku. To dobre wspomnienie i myślę, że ta praca na nowo przywróciła mi wiarę w zawód.

Można pana zobaczyć także w roli księdza w spektaklu „Skocznia w Jerozolimie”. Jak się pan do niej przygotowywał?

To było bardzo ciekawe doświadczenie z wielu względów. Między innymi dlatego, że jedną z moich życiowych pasji pozateatralnych jest podróżowanie i wszystko co się z tym wiąże. Uwielbiam czytać reportaże i oglądać filmy drogi. Pod tym względem bardzo dobrze rozumieliśmy się z Pawłem Kamzą, reżyserem, który bez przerwy jeździ po świecie i jest świetnym fotografem. Po pierwszych czytaniach scenariusza, zażartowałem, że chyba pierwsi stworzymy nowy nurt – „teatr drogi”. Niestety, jest to dużo trudniejsze niż w kinie (śmiech). Zaciekawiło mnie też to, w jaki sposób zostaliśmy obsadzeni w tej sztuce. Do końca byłem przekonany, iż rolę księdza dostanie któryś z moich starszych kolegów. Pewność ta wynikała z faktu, iż postać księdza była inspirowana księdzem Józefem Tischnerem. Był on bardzo mądrym człowiekiem, który zajmował się filozofią i teologią. Są to tematy bardzo odległe mojej osobie, nie jestem też zbyt religijny. To wszystko jednak zupełnie nie przeszkadzało reżyserowi. Właściwie to miałem wrażenie, że mu na tym zależało…. Niektórzy mieli też wątpliwości co do logiczności zdarzeń… bo skoro ksiądz w spektaklu spotyka kolegę ze szkolnej ławki, czy też byłą dziewczynę to czemu nie jest ich równolatkiem? Ale przecież nie wiemy na pewno, czy ta podróż odbywa się naprawdę – tu i teraz. Być może jest to już podróż w innym wymiarze? To już zostawiam do przemyślenia widzom.

Wojciech Sandach w "Zemście", fot. W. Piątek

Wojciech Sandach w „Zemście”, fot. W. Piątek

Spektakle są grane na przykład trzy razy w tygodniu, więc wychodzi na to, że teoretycznie ma pan cztery dni wolnego. Czy tak to właśnie wygląda?

Teoretycznie tak, a w rzeczywistości bywa inaczej. Spektakle są owocem prób, które są dwa razy dziennie od wtorku do soboty. W „gorącym” okresie przedpremierowym pracuje się dłużej. Jednak poza próbami w teatrze, aktor ma do wykonania pewną pracę w domu. Oprócz oczywistych rzeczy typu nauka tekstu, linii melodycznej w przypadku piosenek czy choreografii, trzeba w postać „tchnąć życie”. Aktor więc szuka inspiracji, rozmyśla i kombinuje. Czasem pewne rzeczy pojawiają się z podglądania rzeczywistości, a czasem z odgrzebywania odległych wspomnień. Niekiedy zajmuje to większość czasu pomiędzy próbami a spektaklami. Jednak aby utrzymać higienę psychiczną, trzeba znaleźć czas dla siebie. Dla nas dniem wolnym jest poniedziałek. Wtedy też znajduję czas na naukę angielskiego, zajęcia z jogi, czy siłownię. Oczywiście ważnym elementem są spotkania w gronie przyjaciół i znajomych. A gdy mam więcej czasu wykorzystuję go na czytanie książek, oglądanie filmów i seriali, jak również na gry komputerowe. Ostatnim odkryciem w otoczeniu moich najbliższych znajomych są gry planszowe i towarzyskie… Wakacje i „dłuższe wolne” wykorzystuję na podróże małe i duże (śmiech). Są to trekkingi w górach, wycieczki rowerowe, czasem zabiorę się z kimś w rejs albo ponurkuję w egzotycznych wodach.

W jaki sposób uczy się Pan scenariusza? Skoro w miesiącu granych jest kilka spektakli, to jak nauczyć się tak, by przypadkiem nie wmieszać kwestii z innej sztuki?

Tekstu najlepiej uczy mi się wykonując jakąś czynność. Zauważyłem, że tekst najszybciej „wchodzi” mi do głowy jak gdzieś idę lub kiedy jadę komunikacją miejską. Może to wprawić w konsternację współpasażerów lub przechodniów, więc staram się robić to bardzo cicho (choć pewnie wygląda to dziwnie). Pomocne są też wszelkie czynności domowe, jak zmywanie naczyń, odkurzanie czy mycie okien, ale korzystam z nich znacznie rzadziej. Spacery są dużo przyjemniejsze. A jeśli chodzi o mieszanie się kwestii z różnych sztuk, to to tylko wydaje się trudne. Porównałbym to do szufladek w szafie, albo do szlaków w górach – wiem o tym, że jak przykładowo pójdę czerwonym szlakiem, to dotrę na Gubałówkę, a jak zielonym, to trafię na Giewont. Te szlaki nigdy mi się nie pomylą; tak samo jak z szufladami, jeżeli otworzę tę z „Weselem” Wyspiańskiego to nigdy nie powiem tekstu z Moliera. Te szuflady nigdy nie otwierają się na raz.

Zdarza się Panu ćwiczyć swoje kwestie ze znajomymi by „podrzucili” uwagi?

Jeśli chodzi o samą naukę tekstu, to jestem osobą, która woli uczyć się w samotności. Być może wynika to z faktu, iż jestem wzrokowcem i najszybciej zapamiętuję patrząc w scenariusz . Ale znam też osoby, które wolą uczyć się z kimś, aby „podawać” (w sensie podpowiadać) im tekst. Chyba każdy ma swoją metodę. A co do podrzucania uwag, to zdarza się, że koledzy podrzucą jakąś cenną uwagę dotyczącą „rozczytania” tekstu – pewnych akcentów, czy sensów w zdaniach. Jest to bardzo pomocne, bo czasem pomimo uważnego wczytywania się pewne rzeczy umykają.

Czy jest cel, do którego Pan dąży, jakieś niespełnione marzenie?

Z moich marzeń teatralnych to chciałbym kiedyś znaleźć scenariusz, w którym zakochałbym się od pierwszego wejrzenia. Taki, że od razu miałbym w głowie gotowe sceny z tej sztuki. Przydarzyło mi się raz coś takiego i mam nadzieję, że wkrótce znów to nastąpi.

Bardzo dziękujemy z rozmowę.