Sukienka na bal Kopciuszka [Kontrapunkt 2016]

Anna Patrys w role śpiewaczki i Krystyna Janda w roli Marii Callas, fot. archiwum Teatru Polonia

Anna Patrys w roli śpiewaczki i Krystyna Janda w roli Marii Callas, fot. archiwum Teatru Polonia

Po drugim dniu festiwalowym mogłabym pisać o świetnym aktorstwie, o sytuacji próby, jako punkcie wyjścia do budowania scenicznego świata, a nawet o swoistej „artystycznej przemocy”, jako temacie sztuk. Z powodów całkiem osobistych, napiszę jednak o teatralnych kostiumach.

Wieśniaczka i klejnoty

Powód jest osobisty, bo właśnie dzisiaj, na pierwszą próbę nowej sztuki w Teatrze Współczesnym, gdzie pracuję, przyjechała jednak z moich ulubionych kostiumografek Julia Kornacka. Otóż nie tylko z Julią zdarzało mi się rozmawiać o tym, jak rzadko punktem wyjścia do pisania o teatrze staje się kostium, zatem choć częściowo mogę ten wyłom nadrobić… A kostiumy w obu obejrzanych dziś przeze mnie spektaklach – „Ewelina płacze” oraz „Maria Callas. Masterclass” pełnią rolę niebagatelną.

Grająca Callas Krystyna Janda przywołuje w czasie spektaklu pewną anegdotę z życia śpiewaczki, kiedy w jednej ze sztuk miała grać wiejską dziewczynę. Ubrano ją jednak w sznury pereł, na co Callas zaprotestowała, bo nie pasowały do roli. Wtedy usłyszała ripostę: „Ty nie grasz wieśniaczki, ty jesteś Callas, która gra wieśniaczkę”. Ten swoisty dowód na to, jak wielcy aktorzy zrastają się z wyobrażeniami o nich, jak ich ciało zaczyna przynależeć do określonej wersji skóry-kostiumu przenika także spektakl „Ewelina płacze”. Oto przed nami najmodniejszy warszawski teatr TR Warszawa, z wielkimi nazwiskami – w kostiumach, pożal się Boże, roboczych, dresach zwykłych, konfekcyjnych, a przynajmniej zwykłość grających. A i aktorzy w tychże dresach wcielają się przecież w wyobrażenia o sobie, udanie i dowcipnie balansując wokół własnych biografii, jak i nieco wyśmiewając własnych, powiedzmy, mniej ogarniętych, widzów.

Wysoki próg wejścia

I tu zaczyna się cała zabawa w myślenie o kostiumie w relacji aktor-widz, a może nawet bardziej artysta-adept. Właściwie – jak się ubrać – nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo, cytując tekst z „Ewelina płacze”, czy „Maria Maj jest taka gruba, czy tylko taką gra?”. Jedna z adeptek Callas przychodzi na próbę ubrana, jak trafnie nazwały przedstawieniu moje koleżanki w „sukienkę na bal Kopciuszka”. Nie grzesząca urodą śpiewaczka wdziewa na lekcję czerwoną sukienkę z srebrnym naszyjnikiem, co Callas na stracie wyśmiewa. Adeptka nie znalazła się w roli, chciała skoczyć za wysoko, nie udało się. Coś z jej energii przenosi się także na młodą aktorkę Ewelinę Pankowską ze spektaklu Anny Karasińskiej, jedyną „prawdziwą” postać, która też „nie doskoczyła” do postaci Magdaleny Cieleckiej, którą niejako miała reprezentować.

Niezależnie po której stronie stoimy – aspirujących do miana artystów, czy artystami będąc – kostium albo nie pasuje, albo uwiera. Callas wciska się w sceniczne suknie i piękna, podziwiana, wspaniała – cierpi. Aktorzy o znanych nazwiskach w pewnym momencie gubią własną tożsamość oscylując gdzieś pomiędzy światem wykreowanym a prawdziwym. Ci, którzy próbują się do tego „lepszego świata” dostać nie bardzo umieją przybrać właściwą postać, szukając – gubią się w wielości kostiumów i ról. Czy nas to obchodzi? Czasem tak, czasem nie – jak przyznaje Krystyna Janda w finałowym monologu – świat będzie kręcił się dalej, nawet jeśli nie będzie się już grało „Traviaty”. Ale dzięki sztuce świat może stać się piękniejszy i mądrzejszy, dlatego wciąż chcemy przy nim trwać.

PS Zainteresowanych kostiumem w teatrze odsyłam do rozmowy w cyklu Projekt: spektakl na portalu dwutygodnik.com przeprowadzony z Julią Kornacką.