„Śpiew szczerbatych mew” przed premierą

Dziś na blogu Maciej Litkowski opowiada o swojej fascynacji Szczecinem przed premierą spektaklu „Śpiew szczerbatych mew”. Aktor Teatru Współczesnego debiutuje na Scenie Propozycji Aktorskich w Teatrze Małym jako autor tekstów, reżyser i scenarzysta. Prapremiera, w której zagrają: Barbara Biel, Maria Dąbrowska, Magdalena Wrani-StachowskaMichał Lewandowski i Maciej Litkowski już 24 maja. Muzykę do spektaklu napisała Barbara Biel. 

WP_000219 (2)

zdjęcie z telefonu, fot. Maciej Litkowski

„Szczecin to miasto, które  wydaje mi się niepoznawalne i nie do złapania. Nie da się go zamknąć w jakiejś prostej definicji. Napisałem piosenki o pewnym mieście, chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć o pewnym Szczecinie, o pewnej jego wersji. Wersji zasłyszanej i nie do końca dokładnej, trochę zmyślonej, a trochę prawdziwej. Melancholijnej i okrutnej – jak baśń.

Żadne z miast, w których mieszkałem, nie działało tak bardzo na moją wyobraźnię jak Szczecin. Wrocław, w którym się wychowałem i spędziłem większość życia, był miastem mojego podwórka, okolicznych sklepów, szkoły i kilku ulic. Życie centrum miasta, które odkryłem w miarę dorastania było częścią jakby innej rzeczywistości, innych orbit i zainteresowań. Do dziś myśląc „Wrocław”,  nie mam przed oczami Rynku, ale pętlę autobusu 142,  wieżę ciśnień i kałużę przed oknem.

Po studiach trafiłem tu. Szczecin nie jest łatwo polubić, nie jestem zresztą do końca pewien, czy mnie się to udało. Z całą pewnością można się nim fascynować, można odkrywać jego kolejne rejony, obrazy i zapachy. Miejscami jest miastem opresyjnym i dusznym. Zawiłym labiryntem kwartałów (czy jest nazwa na trójkątne kwartały), których podwórka łączą się ze sobą, tworząc coraz to mniejsze przejścia, bramy i korytarze. W tych bramach zawsze stoją mężczyźni – smutni, nieogoleni, skacowani. Palą papierosy, wypijają kilka piw i wracają z powrotem w głąb kamienicy. W ciemno i w mokro. W swoje nory i zawiłe interesy.

Nieco dalej miasto otwiera szerzej perspektywę: widok jak z początków wieku – fabryki, kominy, żurawie zajęte przenoszeniem olbrzymich kontenerów. Para i maszyna, przemysł i gospodarka, węgiel i piach. Pośród tej industrialnej scenerii w nos uderza zapach czekolady, jakby ktoś drwił z osiągnięć techniki, puszczał do nas oko. Wydaje się, jakby w jednym z portowych silosów ktoś przyrządzał dla całego miasta kakao. Zresztą, może tak jest w istocie. I te napisy: Euroafrica, Wolny obszar celny, Brama Portu – wrota do świata przygód i podróży.

Parki i lasy. Jeziorko Goplana, nad którym nieznajome osoby siedzą wspólnie przy ognisku. Ktoś rzuca psu patyk, ktoś gra w badmintona. Beztroska nad małym stawem w środku miasta, jak na wczasach.

glebokie

zdjęcie z telefonu, fot. Maciej Litkowski

I to, że targowisko nazywa się Manhattan, że cyrk rozbił się przed wejściem do kościoła, że kutry gniją na tyłach muzeum, jakby zdychały z braku dostępu do słonej wody, i tyle jeszcze innych inspiracji.

Kiedy kupowałem tu mieszkanie, wcześniejszy właściciel powiedział mi, że pod podłogą zostały książki i zdjęcia niemieckich lokatorów schowane przez nich samych albo tuż po wojnie przez Polaków. Nigdy tego nie sprawdziłem, może to tylko tak historyjka, żeby namówić mnie do kupna, ale ciągle działa to na moją wyobraźnię. Od tego czasu jestem strażnikiem pewnej tajemnicy, strażnikiem skarbu.

To miasto wydaje mi się niepoznawalne i nie do złapania. Nie da się go zamknąć w jakiejś prostej definicji. Jeśli zachwyca swym pięknem to po to tylko, żeby za rogiem przywalić w łeb szpetotą. Miejscami monumentalne, po kilku metrach karłowacieje. Wielkomiejskość ściera się z płotem ogródków działkowych.

Pierwsze eksploracje miejskie były ostrożne. Potem coraz dalej –  na drugi brzeg, w stronę stoczni, Puszczy Bukowej (jak do Siedmiomilowego Lasu). Nocne odwiedzanie grobów szczecińskich artystów, wsłuchiwanie się w opowieści o Szczecinie, który kiedyś był miastem zachodu i wolności, a teraz,  co z tego zostało i tak dalej. Pierwsze legendy miejskie: rzeźnik z Niebuszewa, blichtr Kaskady. To wszystko pęczniało w głowie i musiało wydostać się na zewnątrz.

Powstały piosenki o Szczecinie, pewnie nie o takim, jakim on jest w istocie, ale o takim, jakim widzi go ktoś, kto żyje tu tylko kilka lat. Wolę mówić, że to piosenki o pewnym mieście, chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć o pewnym Szczecinie, o pewnej jego wersji. Wersji zasłyszanej i nie do końca dokładnej, trochę zmyślonej, a trochę prawdziwej. Melancholijnej i okrutnej – jak baśń”.

?

zdjęcie z telefonu

Scena Propozycji Aktorskich

ŚPIEW SZCZERBATYCH MEW
scenariusz, teksty piosenek i reżyseria: Maciej Litkowski
muzyka: Barbara Biel
scenografia i kostiumy: Agnieszka Miluniec, Maciej Osmycki
projekcje wideo: Bartosz Wójcicki (PUH)

obsada: Barbara Biel, Maria Dąbrowska, Magdalena Wrani-Stachowska, Michał Lewandowski, Maciej Litkowski
Światowa prapremiera: 24 maja 2014 godz. 20.30

Maciej Litkowski – absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie (2009). Od sezonu artystycznego 2009/10 aktor Teatr Współczesnego w Szczecinie, w którym po raz pierwszy pojawił się na scenie w „Zatopionej katedrze” w reżyserii Anny Augustynowicz – spektaklu dyplomowym IV roku kierunku aktorskiego PWST w Krakowie.

IMGP1614

fot. Maciej Litkowski