Śmierć wyznacza kierunek życiu [recenzja]

Arkadiusz Buszko, Magdalena Wrani-Stachowska w "Feinweinblein...", fot. Piotr Nykowski

Arkadiusz Buszko, Magdalena Wrani-Stachowska w „Feinweinblein…”, fot. Piotr Nykowski

Przed spektaklem widownia zachowuje się jak zwykle. Faluje dźwiękiem i podnieceniem, zdaje się uderzać w pluszowe siedzenia z osłabieniem, a jednak stale. Po spektaklu, gdy zapala się światło, nikt przez chwilę się nie rusza. Co będzie dalej? O spektaklu „Feinweinblein. W starym radiu diabeł pali” pisze Sonia Suchecka.

Bo przyjdzie fein-wein-blein!

„Nikt za bardzo nie wiedział jak wygląda ani po co przychodzi, ale wiadomo było, że kiedy przyjdzie, stanie się coś strasznego”- mówi Weronika Murek, autorka dramatu, zaznaczając, że to potwór, którym po wojnie straszono dzieci, innym razem przyznaje jednak, że sama wymyśliła to słowo. Niezależnie od wszystkiego – to słowa są ramą dla historii ujętej w przedstawieniu, oswajają ją. Układając się w zdania i całe frazy pozwalają bohaterom uporządkować przestrzeń wokół siebie. „W czym należy chować dalszych, a w czym bliższych krewnych?”

W „Feinweinblein…” świat dekonstruowany jest jak matrioszka; pierwsze wkraczają zabobony i przedmioty codziennego użytku, które mają funkcję granatu zaczepnego. Jak dobry small-talk zaczynają lekki temat, który pociąga za sobą otwieranie kolejnych warstw w drążeniu do trudnej prawdy. A więc „w którą stronę w nowym obcym swoim domu układać wycieraczkę, żeby czuć się bardziej swojo w tym nieswoim domu?”. I te kluski, które, jak się je liczy, to psuje się radio, które się dostało za oddanie upośledzonego dziecka specjalnym służbom eutanazyjnym.

„Jest tylko jedno lekarstwo na śmierć, liście polnej babki”

Symboliczne przedmioty dobrobytu, takie jak buty czy radio wyraźnie zarysowują mglistą prowincjonalną społeczność, w której winę za własne życie zwala się zawsze na niedobór tego „czegoś innego”. Nowe wymówki, chociaż absurdalne, dla postaci dramatu mają nadrzędny sens. „Buty im wkładają, żeby oszałamiać” mówi Petent (Maciej Litkowski) o aktorach w teatrze w Warszawie. Bo gdyby się naprawdę miało buty, to pewnie można byłoby iść nawet do Warszawy, a tak to nie można. Na wszystko znajdzie się irracjonalne i niedostępne rozwiązanie na tyle skuteczne, by w nie uwierzyć. Nawet śmierć można zdematerializować – należy ją tylko natrzeć liśćmi polnej babki…

Psujące się radio jest zwiastunem nadchodzącego rozczarowania, może jest właśnie prawdziwym feinweinbleinem sztuki. Jego nieustanny szum i bezsensowna gadanina zamydla oczy, a raczej uszy. „Nie chcę być z myślami, ja chcę radia słuchać” mówi Knauer (Robert Gondek). Gdy radio gaśnie, ludzie czują się zagrożeni ekspozycją na prawdę o nich samych, z którą nie chcą zostawać. Budzą się niewygodne, tęskne i bezsilne refleksje, które są za ciężkie, by sobie z nimi ot tak poradzić; nie można też właściwie nic z nimi zrobić: „Ja radia nie obwiniam, ja obwiniam państwo, że to radio takie” wyznaje Knauerowa (Magdalena Myszkiewicz).

Charon i jego łódź

Świetlicowy (Arkadiusz Buszko) panuje nad całą wsią, gdyż jako jedyny potrafi czytać i pisać. Jak metaforyczny Charon w długim płaszczu, przeprowadza ludzi swoimi listami na drugi brzeg Styksu, dając im nadzieję na spełnienie pragnienia o wyrwaniu się z błądzenia – Świetlicowej (Magdalena Wrani- Stachowska), która chce mieć świadomość, że ktoś ze stolicy o niej myśli; Knauerom, czy Petentowi szukającemu sprawiedliwości. Chociaż listów nie wysyła, ludzie wierzą mu i ufają. Jest jedynym ich bezpośrednim łącznikiem z tamtym światem.

Paradoksalnie, patrzenie na ten spektakl przez pryzmat wyraźnie zaznaczonej rzeczywistości lat pięćdziesiątych ogranicza. Nie znając dokładnych wymiarów czasowych ani miejscowych, gdzieś pomiędzy Polską, a Niemcami, na tej ziemi nieswojej, a jednak swojej, życie bohaterów „Feinweinblein” jest życiem nas wszystkich. Wszystkich, którzy chcemy, by ktoś wysłał nasze listy do tego nowego, wspaniałego świata gdzieś daleko.

Ujęcie aktorów w czterech płaszczyznach piętrowo zbudowanej scenografii pozwala doświadczać znanego nam współcześnie poczucia oddzielenia, samotności. Każdy z tych czterech poziomów kształtuje odbieranie bohaterów przez samych siebie i przez innych, a wyznacznikiem wartości człowieka stają się odbiorniki. Najniżej mieści się świetlica, Knauerowie ujęci są na platformie jako posiadacze radia, tajemnicza Telefonująca (Joanna Matuszak) dzwoni do radia, a więc jest już tylko poziom niżej od członków tej szanownej instytucji będących na samym szczycie teatralnego wzniesienia. Ludzie pozycjonują się wobec technologii, która ma ich wyzwolić od nich samych, dlatego też życie ludzkie ma tak małe dla nich znaczenie. Każda próba marzeń, która byłaby czymś chwalebnym w normalnej rzeczywistości, tu okraszona jest zawsze czyjąś krzywdą.

Chociaż to Dziecko (Tomasz Piątkowski), siedząc na podłodze plasuje się najniżej w tej „odbiornikowej” hierarchii, ukazywane tyłem, zyskuje złowróżbny charakter, staje się omenem. Mimo, że dorośli chcą traktować je władczo, budzi ich wewnętrzny, pierwotny strach. Widać to w scenach, gdy Petent zaczyna nagle gonić dziecko pytając, czemu ma zagrać z nim w szubieniczkę, a później zaczyna je gonić również jeden z Sadowników. To ono wzywa feinweinbleina, a chociaż dorośli nie wierzą w bajki, straszy ich zapowiedzią śmierci. To ono wydaje się najbardziej nieumiejscowione w spektaklu i tylko ono może bezkarnie przemieszczać się między płaszczyznami. Dorosłych wiąże gra pozorów, dlatego przestrzeń jest dla nich ważna w odgrywaniu prywatnych ról przed innymi, co nie dotyczy najmłodszego bohatera. Jak duch włóczy się z pękiem butów, przywodząc na myśl zarówno pragnienia, jak i śmierć, za którą niektórzy mieszkańcy pragną uzyskać kolejne radio; dopełniając tylko wymowy spektaklu, gdzie te dwa tematy są nierozerwalnie połączone.

"Feinweinblein...", scena zbiorowa, fot. Piotr Nykowski

„Feinweinblein…”, scena zbiorowa, na pierwszym planie: Magdalena Myszkiewicz, Robert Gondek, Arkadiusz Buszko, Maciej Litkowski, Magdalena Wrani-Stachowska  fot. Piotr Nykowski

Jak złe jest zło

Mierzenie się z rzeczywistością powojenną – mało widowiskową i sensacyjną jednocześnie powoduje, iż bohaterowie są jak zawieszeni w niebycie. Nagle zostali w tym samym miejscu, w którym byli wcześniej, gdzieś nigdzie, i nic nagle się nie zmieniło – przegapili moment, którego mieli nadzieję doświadczyć. Wtedy wojna była ich swoistym usprawiedliwieniem dla bezruchu; żyli jak w filmie akcji, w ciągłej niepewności. Teraz pragną czegoś, czegokolwiek, co by im pokazało, że dla kogoś jeszcze się liczą, a zło którego się dopuścili albo dopuszczają nie było takie złe.

Groteskowe dialogi śmieszą nas… i jest to dość niepokojące. Bohaterom „Feinweinblein” śmierć i cierpienie wyznaczają kierunek życia – bez nich ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Wierzymy w ich wyjaśnienia, bo pozwalamy się wplątać w sieć retoryki ich myślenia. Skoro można sprzedać kogoś za radio, to czemu nie… w końcu będzie się miało dostęp do świata. Skoro można dostać jabłka za podanie samej siebie na tacy trzem mężczyznom, to właściwie… Czemu nie? Granica zła i tego, co etyczne przesuwa się, mała społeczność odseparowana od świata tworzy własny system wartości. W tym aspekcie, sztuka przypomina niemal „Wizytę starszej pani” Friedricha Dürrenmatta, gdzie zło jest akceptowane z taką łatwością, iż każe nam się zastanawiać nad kondycją naszej własnej moralności.

Zastanawia mnie to, gdy zapala się światło, a brawa w końcu milkną i mogę obserwować widownię wokół mnie. Wszystkie miejsca na przedzie zajęte są przez starszych ludzi, którzy siedzą milczący i wyraźnie poruszeni. Ja siedzę w sektorze nastoletnim, tak to przynajmniej wygląda. Chłopak za mną zrywa się do wyjaśniania swojej koleżance aspektów historycznych, robi to tak gwałtownie i ożywczo, że dwa rzędy wokół niego patrzą karcąco, choć on zupełnie sobie nie przerywa. Czy ta różnica przyszła z wiekiem? A może z doświadczeniami, o których zakładam, że słyszeli od swoich krewnych; lub które mieli ludzie zjeżdżający do Szczecina po wojnie i ich dzieci. Może łatwiej zanurzyć się w tę sztukę bez oceniania i ze zrozumieniem, kiedy było się świadkiem pewnych rzeczy; demonizacja zachowań może wtedy nie jest już tak łatwa. Pewnie jest wygodniej wskazać na bohaterów i powiedzieć „Tak, te czasy były złe”, kiedy zna się tylko suchą historię lub patrzy się na przedstawienie z bezpiecznej odległości za przednim sektorem, gdzie ludzie siedzą milczący i poruszeni.

13417531_1112552822145939_2913444299754937366_n

 

Autorka: Sonia Suchecka

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”