Prowadziłem koncerty Fogga…

Jacek Bukowski prowadzi koncert Fogga w Wolsztynie, fot. archiwum J. Bukowskiego

Jacek Bukowski podczas koncertu Fogga w Wolsztynie w 1958 r. Pomiędzy sekwencjami występu piosenkarza recytował wiersz, fot. archiwum J. Bukowskiego

Jak wyglądały powojenne koncerty Mieczysława Fogga? Czy potrafił wystąpić pomimo śmierci bliskiej osoby? Jak artysta zapisał się w pamięci debiutującego konferansjera? O Mieczysławie Foggu i „estradowym chrzcie” z udziałem wybitnego piosenkarza opowiada Jacek Bukowski – przez 35 lat – konferansjer, a dziś – szczeciński antykwariusz.

To pierwszy tekst z cyklu wspomnień o Mieczysłwawie Foggu przed styczniową premierą spektaklu „Dobry wieczór Fogg”.

„Po maturze, zdanej w maju 1958 roku, dostałem się na Wydział Historii Uniwersytetu Poznańskiego, ale tak naprawdę, to postanowiłem zostać konferansjerem.

Już w lipcu zgłoszono się do mnie z Wolsztyna, gdzie wcześniej się uczyłem, z propozycją poprowadzenia koncertów Mieczysława Fogga! Fogg wrócił wtedy z Ameryki do Polski w nimbie bohatera narodowego. Do tego wszystkiego, co było o nim wiadomo, doszło znaczenie tej chwili, tego momentu politycznego: było półtora roku po krwawych wypadkach poznańskich, pełny rozkwit komuny, a tu pierwszy artysta, który nie tyle, że przyjechał z Zachodu (wtedy właściwie tylko Bóg mógł przyjechać z Zachodu, granice były zamknięte), ale zrobił coś niebywałego: wyjechał i wrócił, a wszyscy wtedy na Zachodzie zostawali! Wyjechał z  Władysławem Radnym, akompaniatorem i obaj wrócili.

Toast! Mieczystałw Fogg i Jacek Bukowski, fot. archiwum J. Bukowskiego

Toast! Mieczystałw Fogg i Jacek Bukowski, fot. archiwum J. Bukowskiego

Kiedy poproszono mnie o prowadzenie pierwszych koncertów Fogga w kraju – poczułem się tak,  jakby się poczuł  właściciel podrzędnej stacji benzynowej, do którego przyjechał szejk Kuwejtu i powiedział „Weź pan tą całą ropę, co mi tam sika z ziemi, bo mnie to nudzi”. Miałem osiemnaście lat, a Fogg miał pięćdziesiąt siedem, czterdzieści lat różnicy – i ja mam prowadzić koncerty takiego wielkiego artysty?!

Ale byłem wtedy młody, młodość jest bezczelna.

„Oczywiście! – odpowiedziałem – Czemu nie? Zrobię to”.

Musiałem pożyczyć garnitur, bo własnego nie miałem, prowadziłem koncerty w garniturze kumpla… Na afiszu było napisane: „Wystąpią po raz pierwszy w kraju, po wspaniałych sukcesach w Stanach, Kanadzie, Angli, Szkocji…”. Niżej nazwiska artystów duże, czerwonym drukiem. Jeszcze niżej dużo mniejsze, ale też czerwone – moje. Duma mnie rozpierała straszna, a jeszcze  dostałem (goły student in spe!) 100 zł za każdy koncert, ach, cóż to było za przeżycie!

Trzy koncerty odbyły się w sobotę i niedzielę 5 i 6 lipca w sali widowiskowej w Wolsztynie.  Chętnych było więcej, więc zorganizowano dodatkowy w poniedziałek, 7 lipca i ten koncert nabrał szczególnego znaczenia.

W moją pamięć zapadło bowiem takie zdarzenie – w czasie koncertów zmarła matka Pana Mieczysława. Może w niedzielę, może w poniedziałek rano? Może jeszcze wcześniej? W każdym razie pamiętam, że piosenkarz pojechał w poniedziałek do zmarłej matki, a potem wrócił i wieczorem normalnie dał koncert. Wtedy tego nie rozumiałem, byłem za młody, żeby zrozumieć, że można w takiej traumie występować, świadomość artysty rosła we mnie z latami doświadczeń – potem już wiedziałem, że nie przyjść na koncert, na który sprzedano bilety, mogę tylko wtedy, kiedy ja umrę, a nie kiedy ktoś umrze. Fogg wychowany na tym przedwojennym etosie artystycznym tak dobrze to rozumiał, że pojechał do zmarłej matki, wrócił i wieczorem elegancko występował, do momentu, gdy zaśpiewał znany przebój „Już nigdy”. Piosenka „Już nigdy”, jest przecież niczym innym jak wyznaniem zawiedzionej, straconej miłości, on odniósł to do matki… i się popłakał, leciutko, ale się popłakał.

Jak wyglądał koncert? Zaczynałem tradycyjnie od powitania publiczności, przedstawienia artystów. Potem Fogg wchodził wraz z Władysławem Radnym, pianistą akompaniatorem. Piosenkarz zaczynał recital we fraku i tak też kończył, ale w trakcie miał epizod powstańczy – śpiewał pieśni patriotyczne, które wykonywał podczas Powstania Warszawskiego wśród gruzów i walk. Śpiewał je w kombinezonie takim, jakie mieli cichociemni, z medalami na piersi, z biało-czerwoną opaską na ramieniu, z akompaniatorem grającym na akordeonie. W trakcie koncertu artysta musiał się więc  przebrać.

Photo 07.01.2013 18 18 07

Koncert Mieczysława Fogga i Stanisława Radnego w Wolsztynie w 1958 r., fot. archiwum J. Bukowskiego

Po pewnej ilości piosenek schodził ze sceny i wtedy wchodziłem ja – osiemnastolatek, a na sali moi dyrektorzy i nauczyciele, którzy mi właściwie przed chwilą dali maturę… Najpierw starałem się publiczność rozbawić długim, ale bardzo „scenicznym” tekstem Gozdawy i Stępnia „Kwasiborski”, a potem jakąś woltę wykonałem, by wrócić do poważnego tonu i artyści wychodzili na scenę w nowym entourage’u – powstańczym. Fogg śpiewał cały blok piosenek, potem znów musiał się przebierać i wtedy opowiadałem o jego osiągnięciach w Stanach, że został wodzem plemienia indiańskiego w Kanadzie, honorowym strażakiem amerykańskim, honorowym obywatelem Chicago i jeszcze kilka innych rzeczy. Potem on wracał, a ja wynosiłem mu zza kulis rekwizyty. Najbardziej się publiczności podobał Fogg we fraku i z pióropuszem na głowie! Potem w pudełku wynosiłem duży, złoty klucz, rzekomo klucz od bram miasta Chicago i odznakę – ogromną blachę honorowego strażaka. Ten koncert, tak zbudowany, trwał ok. 2,5 godziny, de facto z jednym wykonawcą i jednym akompaniatorem, moje było może z 20 minut, to był maraton…

Dopiero (chyba?) w 1974 roku zobaczyłem Fogga jeszcze raz, na koncercie w Szczecinie. Poszedłem po występie za kulisy, przywitałem się i przypomniałem mu koncerty w Wolsztynie. Fogg, koncerty pamiętał, mnie chyba nie, ale kurtuazyjnie powiedział: „Miło mi”.

35 lat pracowałem na estradach i scenach filharmonii z ogromną ilością znanych i wielkich artystów, nie wszystkich już pamiętam, ale te pierwsze koncerty, które były moim artystycznym chrztem, będę pamiętał zawsze…”

Jacek Bukowski

 

Jacek Bukowski - dziś, w swoim antykwariacie, fot. K. Paradowska

Jacek Bukowski – dziś, w swoim antykwariacie, fot. K. Paradowska

Jedna odpowiedź

  1. Marta Wargo
    Marta Wargo 10 stycznia 2013 z 17:58 |

    Dziękujemy Jacku za ciekawe i niezwykle barwnie napisane wspomnienia z jakże odległej , przypomnianej z łezką w oku przeszłości!!!
    Fotografia osiemnastoletniego konferansjera – rozczulająca :-))
    M. Fogga słucha się zawsze z wielką przyjemnością !!!
    Marta i Tadeusz

Możliwość komentowania jest wyłączona.