O potencjale „Akropolis” w Szczecinie – pisze Tomasz Kaczorowski

zdjTomka1

Podczas jednej z moich pierwszych rozmów z Anną Augustynowicz i Włodzimierzem Szturcem zapytałem, jak materia „Akropolis” Stanisława Wyspiańskiego – arcykrakowskiego dramatu, którego osią jest katedra na Wawelu – może wybrzmieć i co może znaczyć w Szczecinie, mieście tak dalekim od stolicy Małopolski – zarówno geograficznie i kulturowo? Czy może powiedzieć coś o nas tu i teraz?

Zadałem te pytania nie oczekując odpowiedzi – jeszcze nie wtedy, bowiem rozstrzygnąć miała to sama praca: próby, rozmowy i wreszcie tworzący się spektakl, jako autonomiczna wypowiedź artystyczna Wyspiańskiego – przeczytana przez reżyserkę i jej zespół, aktorów szczecińskiego Teatru Współczesnego oraz – dramaturga, dramatopisarza, naukowca – profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego i krakowskiej szkoły teatralnej. Przystąpiłem do pracy w Szczecinie z perspektywy fascynata twórczości Stanisława Wyspiańskiego, jako wychowanek profesora Szturca, ale również jako praktyk teatralny – reżyser, który pośród swoich marzeń ma wyreżyserowanie właśnie „Akropolis”.

Czas premiery zbliża się, więc spróbuję zmierzyć się z własnymi pytaniami i spróbuję odpowiedzieć – bogatszy o wiele tygodni prób…

ZdjTomk2

Na Północ!

Praca z Anną Augustynowicz nad „Akropolis” to dla mnie przeżycie bardzo osobiste i emocjonalne, więc bardzo prosiłbym o cierpliwość do kreślonych tu przeze mnie zdań, które i taki ton zapewne przybiorą. Chciałbym zacząć od siebie właśnie, gdyż tylko z takiej perspektywy mogę pisać uczciwie. Umyślnie nie chcę próbować niczego obiektywizować.

Jestem człowiekiem z Wybrzeża, pochodzę z Trójmiasta, przez kilka lat miałem możliwość mieszkać i studiować w Krakowie. W ramach moich teatralnych poszukiwań poznawałem wrażliwości miast, w których dane mi było gromadzić doświadczenie: Wałbrzycha, Wrocławia, Zielonej Góry, Gdańska, Warszawy, Białegostoku… Przyglądałem się charakterom tych miejsc i ich mieszkańcom. Tym, co pierwsze mi się nasuwa, jest wniosek, że, od innych miast – szczególnie tych, które w swoim charakterze noszą wyraźne – choć coraz słabsze – ślady kultury niemieckiej, Kraków dzieli przepaść. Przede wszystkim, dlatego że Kraków i jego mieszkańcy mają poczucie bycia centrum i kolebką tak zwanej „polskości” – poprzez liczne jej ślady i upiory wciąż straszące pośród jego ulic; ale również dlatego, że ostatnia wojna światowa obeszła się z Krakowem łaskawie – w przeciwieństwie do wielu innych wielkich ośrodków miejskich, wchodzących w skład dzisiejszych terytoriów Polski. Takie miasta, jak Warszawa, Gdańsk, Szczecin, Wrocław zostały zrównane prawie doszczętnie z ziemią – z inicjatywy zarówno wycofujących się wojsk nazistowskich, jak i „wyzwalającej” Armii Czerwonej. Wszystko to, i wiele innych czynników, wpłynęło na to, że Kraków-sam-w-sobie, według mnie, przestał być dramatyczny – a przynajmniej w takim stopniu, jak o nim myślano (na przykład przed 1945 rokiem).

Kiedy Stanisław Wyspiański pisał „Akropolis” w 1904 roku, wyniszczająca jego organizm choroba postępowała, a Kraków w swoim ówczesnym prowincjonalizmie mentalnym był piekielnie dramatyczny – inspirujący w swoim marazmie, domagający się głosu poprzez młode pokolenia. Państwo polskie nie istniało, ale nadzieje Polaków zostały rozbudzone coraz bardziej postępującym rozkładem mocarstw i zmierzającej ku wielkiej wojnie Europie. Kraków był wówczas miejscem magicznym, w którym zgromadzone były prochy najważniejszych polskich władców – książąt i królów, którzy na równi przyczynili się do rozwoju i do upadku kraju. Władcy i męczennicy, spoczywający w katedrze Wawelskiej, będącej symbolem zarówno dawnej potęgi, jak i toczącej kraj choroby, byli wówczas wywoływani, jako orędownicy nadchodzącego „zmartwychwstania”. Jeden Wyspiański w swej przenikliwości miał odwagę myśleć o tej właśnie dramatyzmiedramatyczności Krakowa, przeciw „kulturze trumien i prochów”, wybiegając w przód, nie w tył – szukając „zmartwychwstania” najpierw w sobie, jako osobistego wysiłku i działania. Kiedy Wyspiański pisał „Akropolis” był już po „Weselu”, autorskiej inscenizacji Mickiewiczowskich „Dziadów”, „Wyzwolenia”… Wówczas restaurowano katedrę na Wawelu… Wyspiański Wawel rozumiał jako miejsce spotkania na sobie wielu kultur: warstw tektonicznych, nachodzących na siebie, przenikających się i pocierających się o siebie nawzajem; jako miejsce skrzyżowania źródeł Polski, którą upatrywał w tradycji helleńskiej, judeochrześcijańskiej oraz wypartej rdzennej – pogańskiej. Katedra na Wawelu była dla niego esencją – miejscem, które stało na zgliszczach wielu kultur, oraz miejscem, w którym zgromadzono reprezentantów tychże kultur: posągi nagrobne, gobeliny, ornamenty, ołtarze…

Tymczasem dzisiaj takimi palimpsestami są bardziej – według mnie – poniemieckie miasta i tak zwane Ziemie Odzyskane – wszystkie te miejsca, które mają niejasną wielopoziomową tożsamość, więcej skrywają, niż odsłaniają, które przez ostatnie dziesięciolecia dopiero podnoszą się z gruzów; gdzie krzyżują się ślady Polaków, Niemców, Żydów i wielu innych narodowości. To te miejsca są dzisiaj dramatyczne, co chciałbym ponownie podkreślić – także przez rolę, jaką wielu z nich przyszło odegrać w przełomowych momentach powojennej Polski – w latach 60., 70. i 80., a dramatyczność przecież była tym, o co chodziło Wyspiańskiemu.
Tak więc północny kierunek, jaki obrało „Akropolis” przestaje wydawać się tak bardzo oderwany od rzeczywistości…

zdjTomk3

Ukrzyżowanie

Po rozpoczęciu prób w Szczecinie nad „Akropolis”, podczas jednej z rozmów z profesorem Szturcem, poruszyliśmy kwestię kontekstu miejsca, w jakim tworzymy inscenizację dramatu Wyspiańskiego. Spektakl powstaje bowiem w kontekście portowego, poniemieckiego miasta, które w ostatnich dziesięcioleciach z pewnością może czuć się pokrzywdzone na rzecz innych ośrodków miejskich – w Szczecinie, ważnym mieście stoczniowym, w którym era świetności tej instytucji już dawno minęła, chociaż dźwigi, żurawie i suwnice portowe dumnie wznoszą się ponad zabudowaniami miejskimi i wpływają na jego wrażliwość. Podczas rozmowy i później, po przeczytaniu wspaniałego dramatu operowego Włodzimierza Szturca „Andersen”, wykrystalizowała mi się pewna idea dotycząca stoczniowego charakteru miasta:

„Kiedy w miarę postępu akcji, mgła będzie rozrzedzała się, odsłonią się wolno i majestatycznie stalowe konstrukcje portowych dźwigów, które dalej okażą się niczym innym, jak zespołem metalowych, geometrycznie ażurowych krzyży. Przez mgłę ujrzymy więc najpierw stalowe złomowisko portowych dźwigów, ale to złomowisko musi nabrać cechy portowego cmentarzyska krzyży.”

„Andersen” rozgrywa się pośród mgieł Półwyspu Jutlandzkiego, jest wariacją na temat wrażliwości mieszkańców krajów nordyckich oraz fantazją na temat życia duńskiego baśniopisarza. Pomimo tego, przytoczony przeze mnie fragment dotyczy również wrażliwości i dramatyczności miast nadmorskich, portowych – zarówno tych skandynawskich i polskich – istotna jest surowość Morza Bałtyckiego, Północnego… Chociaż Szczecin nie jest położony nad morzem, zachował mimo tego coś z jego aury, prawdopodobnie dzięki jego bliskości, wiatrom i wzmożonemu ruchowi na Odrze.
W mojej intencji było przytoczenie myśli, że stoczniowe konstrukcje noszą w sobie układ ukrzyżowania, a w związku z tym – są bohaterami dramatu, którzy potencjalnie mogą oczekiwać na swoje zmartwychwstanie, a to już prowadzi bezpośrednio do „Akropolis” i potencjału tego tekstu, który uruchomiony może zostać w Szczecinie.

Ta myśl z kolei prowadzi mnie jeszcze dalej, do bardzo modnego terminu w ostatnich latach – do rewitalizacji. Do oczekiwania na nowe życie dla przestrzeni i ludzi marginalizowanych. A czeka na to nie tylko Szczecin z całymi dzielnicami, ale też Gdańsk, Elbląg, a spoza portowych miast: Wrocław, miasta Górnego i Dolnego Śląska. W moim odczuciu koresponduje to z dramatycznością wewnątrz społeczeństwa i dramaturgią miejsca, a i to prowadzi do Wyspiańskiego. Czy podążymy w kierunku, który wyznaczyli na przykład Niemcy z postindustrialnymi kompleksami Zagłębia Ruhry? Co z tymi miejscami się stanie?

zdjTomk4

To, co w Polsce jest do myślenia

Na koniec pragnę zaznaczyć, że poruszone przeze mnie kwestie nie stanowią tematu spektaklu reżyserowanego przez Annę Augustynowicz, a są jedynie korespondencją, która uruchamia się mimowolnie dzięki kontekstowi miejsca, w którym pracujemy. Rozważyłem jedynie potencjały tkwiące w dramacie Wyspiańskiego, przepracowane przeze mnie, a więc skrajnie subiektywne – nie zaś elementy dramaturgii samego tekstu i nie sam tekst. Ten bowiem – o czym jestem głęboko przekonany – wybrzmi w pełni na scenie Teatru Współczesnego.

Wracam więc do postawionego na początku pytania, jak materia „Akropolis” może wybrzmieć w Szczecinie? Czy w ogóle można zajmować się dramaturgią dramatu Wyspiańskiego daleko na Północ od Krakowa? Można, a wręcz trzeba! Choćby dlatego, że praca nad tą materią „tu i teraz” pozwoli nabrać nam oddechu, oderwać się od Krakowa i dokopać się nareszcie do tego, co w samym tekście istnieje – do myśli, społeczeństwa i jego dramatyczności.

Wykorzystane w niniejszym tekście zdjęcia zostały wykonane przeze mnie podczas spacerów po Szczecinie. Nie są one najlepszej jakości, jednak stanowią dokumentację i dramaturgię osobistych przeżyć związanych ze Szczecinem oraz reminiscencje spacerów po innych miejscach.

Tomasz_Kaczorowski

Tomasz Kaczorowski, fot. P. Nykowski

 

Tomasz Kaczorowski – absolwent Wiedzy o Teatrze na Wydziale Polonistyki UJ, student reżyserii w Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza na Wydziale Sztuki Lalkarskiej. Współpracował z Instytutem Teatralnym im. Z. Raszewskiego w Warszawie. Jest dwukrotnym stypendystą Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia naukowe i artystyczne. Redaktor książki „Polskie granie” będącej podsumowaniem 2013 roku w polskim teatrze. Pracował jako asystent reżyserów: Marcina Libera, Wojtka Klemma, Erlinga Johannessona i Piotra Ratajczaka. W pracy nad „Akropolis” również pełni funkcję asystenta reżysera.

***

Produkcja spektaklu została dofinansowana w ramach Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” realizowanego z okazji obchodów 250-lecia teatru publicznego w Polsce. Konkurs organizuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego.

Konkurs na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa” organizowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego jest jednym z najważniejszych wydarzeń realizowanych dla uczczenia przypadającego w 2015 roku jubileuszu 250-lecia teatru publicznego w Polsce.

Celem Konkursu jest wzmocnienie obecności polskich tekstów klasycznych w repertuarach współczesnych teatrów, nagradzanie najciekawszych interpretacji dawnej literatury, a także wspieranie po­szukiwań zapomnianych dzieł przeszłości, zasługujących na istotne miejsce w zbiorowej pamięci.

W Konkursie biorą udział zarówno projekty przedstawień, jak i gotowe realizacje polskich tekstów powstałych przed końcem roku 1969, tj. rokiem śmierci Witolda Gombrowicza. Najciekawsze projekty wybrane w pierwszym etapie Konkursu otrzymały dofinansowanie na realizację ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wyboru dokonała Komisja Artystyczna składająca się z wybitnych znawców teatru i dramatu. W etapie drugim Jury ocenia gotowe przedstawienia, zarówno te powstałe na podstawie projektów rekomendowanych przez Komisję Artystyczną, jak i inne, mające premierę między 26 września 2013 roku a 31 sierpnia 2015 roku.

Więcej informacji na stronie: www.klasykazywa.pl

 

logomkidn_01_cmyk

it_logotyp_mini

250_lat_logo