Naszym skarbem są nasze kontakty [WYWIAD / 40 lat TW]

POZ_4981

Rolka biletów teatralnych z lat 90. i początku dwutysięcznych w Teatrze Współczesnym, fot. P. Nykowski

Rozpoczynamy cykl wywiadów jubileuszowych, które co miesiąc będzie można czytać na blogu w roku 2016. Naszymi rozmówcami będą ludzie wyjątkowi – tworzący jego panoramę od wielu lat – artyści, pracownicy, komentatorzy. Wspólnie przyjrzymy się historii teatru i jego obecności – również trochę „mniej serio”.  Dziś wywiad z Betiną Pawicką i Bolesławem Pyzdrowskim z Biura Obsługi Widzów Teatru Współczesnego w Szczecinie.

Spotykamy się w niewielkim biurze, położonym tuż przy wejściu do budynku. Co chwilę rozmowę przerywają nam telefony, jemy czerwcowe truskawki przyniesione przez Betinę. Już po pierwszych słowach wywiadu wiem, że w tym miejscu mogę zawsze liczyć na świetne poczucie humoru jego gospodarzy. Na co dzień zachodzę tu chętnie – to biuro jest jednym z epicentrum zdarzeń w teatrze, miejscem pierwszych, ważnych spotkań z teatralnymi widzami.

Kamila Paradowska: Ile czasu pracujecie w Teatrze Współczesnym?

Bolesław Pyzdrowski: O ho, ho, albo jeszcze dłużej… (śmiech)

Betina Pawicka: Dokładnie na jubileusz teatru minie moje 25 lat tutaj, pracuję od 1 marca 1991.

Bolesław Pyzdrowski: A ja od 8 marca 1992.

Betina dłużej?

B.Pa: Tak, ale Bolek jest weteranem teatrów.

B.Py: Wieloletnim!

Pamiętam, że pracowałeś w operze, tak?

B.Py: I w Pleciudze…

I w Pleciudze nawet?

B.Py: A jak wszystkie teatry zrujnowałem, przyszedłem do Współczesnego. Jeszcze mi tylko Polski został. (śmiech)

Dobrze, dobrze, a jak to było dokładnie?

B.Py: Zacząłem pracę w Szczecinie w 1975 roku, ciebie jeszcze na świecie nie było.

Nie było.

B.Py: No widzisz. A w ogóle pracę w teatrze zaczynałem w 1969 roku, w teatrze w Zielonej Górze.

B.Pa: Ja miałam roczek (śmiech).

B.Py: Tak naprawdę ściągnął mnie do Szczecina Włodzimierz Dobromilski, ówczesny dyrektor Pleciugi. Trochę się wtedy psuło jeśli chodzi o organizację widowni, a ja miałem doświadczenie w pracy z lalkarzami. Lata 70. spędziłem w Pleciudze, od 1980 zacząłem pracę w szczecińskiej operze, w latach 90. pracowałem i w operze i w teatrze, jednocześnie. A dlaczego tutaj się znalazłem – to Pawicka więcej wie, bo ona tu była na miejscu.

B.Pa: Początek lat 90. to był taki moment, kiedy praktycznie z dnia na dziań odeszła szefowa biura, przez moment szefową biura była Aneta Skotnicka, obecnie szefowa biura w Teatrze Polskim. Pracowałam rok, niewiele umiałam, na pomoc ściągnięto mi Bolka.

B.Py: Dyrektorem naczelnym był wtedy Kazimierz Krzanowski. Ania Augustynowicz wypuściła właśnie „Klątwę”… Na początku organizowałem widownię „na zlecenie”.

B.Pa: A potem się ze mną ostał.

B.Py: I potem między nami zaiskrzyło i zostałem (śmiech).

Czyli pojawiliście się wraz debiutem Anny Augustynowicz na tej scenie.

B.Pa: Końcówka dyrekcji Bogusława Kierca, początek Anny Augustynowicz.

Mieliście poczucie, że uczestniczycie w rewolucji, dużej zmianie?

B.Pa: Chyba nie.

B.Py: Nie, bo wtedy Ania zaczytała swoją karierę, była rozpoznawalna, ale nie na tyle, żeby mówić, że to jest teatr Anny Augustywnowicz.

B.Pa: Zrobiła tu za dyrekcji Kierca „Klątwę”, bajkę w Krypcie (Teatr Krypta – przyp. red.) – „Pożarcie królewny Bluetki”. „Klątwa” była tak dobrym przedstawieniem, że otrzymała propozycję pozostania.

Screen Shot 2016-02-11 at 14.05.48

„Klątwa” w reż. Anny Augustynowicz, fot. Wojciech Jabłoński

Przełom lat 80. i 90. zmienia wszystko, także w kontekście chodzącej do teatru publiczności. Mówi się dziś o szczególnym kryzysie tego czasu: trzeba na nowo zdefiniować teatr i na nowo odnaleźć publiczność…

B.Pa: Początki mojej pracy były bardzo trudne, bo to był taki moment, kiedy ludzie się bardzo mocno nastawili się na konsumpcję. Poza tym otworzyły się wypożyczalnie wideo i ludzie mieli w nosie teatr.

B.Py: Wcześniej to było tak, że mieliśmy kontakty z radami zakładowymi, z komórkami socjalnymi w zakładach pracy, oni docierali do swoich pracowników i wśród nich propagowali teatr.

B.Pa: Pojawiały się dopłaty, bądź zakład pracy w ogóle fundował bilety.

Czyli kultura była bardziej dostępna? (śmiech)

B.Py: Dostępna bo sponsorowana.

B.Pa: Ach, no i koniecznie trzeba wspomnieć o wojsku!

No tak, wojsko!

B.Py: I jeszcze widzowie spoza Szczecina. W operze trzy czwarte widzów to byli przyjezdni, do teatrów dramatycznych widzowie spoza miasta przyjeżdżali głównie na komedie.

B.Pa: Młodzież szkolna to też duża grupa widzów.

B.Py: W latach 90. wszystko się urwało. Rady zakładowe w wielu przypadkach przestały istnieć…

B.Pa: Zakłady przestały istnieć.

Czyli kryzys lat 90. jest przede wszystkim związany z końcem organizacji wyjść zbiorowych?

B.Py: Tak. Wtedy trzeba było zacząć liczyć na „widza indywidualnego”, ewentualnie przygotowywać młodzież szkolną, która potem stanowiła trzon naszych widzów. Jeśli byli odpowiednio przygotowani, zachęceni, zmobilizowani przez nauczycieli – wyraźnie odbijało się to na frekwencji w teatrze.

Jakie mieliście pomysły na wyjście z kryzysu?

B.Py: Oj, pani… (śmiech)

B.Pa: To trochę trwało. Przede wszystkim, jak mówił dyrektor Zenon Butkiewicz – „naszym skarbem są nasze kontakty”.

B.Py: I nie będziemy ich zdradzać, bo to się jeszcze może przydać.

B.Pa: To się może przydać, ale jest to wypracowane przez lata: dobre relacje, głównie z nauczycielami języka polskiego, ale także instytucjami, takimi, jak np. szpitale.

B.Py: To są osobiste kontakty, ludzie mają do nas zaufanie, wiedzą, że proponujemy dobre pozycje, przedstawienia, które są warte obejrzenia.

A jaki dziś jest widz indywidualny – ktoś, kto powiedzmy wieczorem decyduje się na wyjście do teatru?

B.Pa: Ci widzowie zdecydowanie wybierają pozycje „lżejsze” w repertuarze, ale zdarza się tak, że przychodzą do teatru ludzie na pozycje… „cięższego kalibru”. I chcą takiego teatru.

B.Py: Mamy też takich widzów, że czego byśmy nie zrobili – przyjdą. Może nie jest ich tylu, że mogą wypełnić całą widownię na kilkanaście, czy kilkadziesiąt przedstawień, ale mocno nas zasilają. Wyraźnie możemy mówić o zjawisku wiernej publiczności, czy grupie fanów tego teatru.

Jakie przedstawienia w ostatnim czasie były dla Was i też dla publiczności ważne, takie, o których się mówi, które chce się oglądać?

B.Py: Bardzo dużo było takich przedstawień.

B.Pa: W ubiegłym sezonie to na pewno „Męczennicy” i „Akropolis”.

A wasze ulubione przedstawienia, z którymi pracowaliście przez ostatnie lata?

B.Pa: Na pewno „Iwona, księżniczka Burgunda”, rewelacyjna.

B.Py: „Młoda śmierć” miała wzięcie…

B.Pa: „Moja wątroba jest bez sensu albo zagłada ludu”, na ten spektakl ludzie chodzili po kilka razy, głównie uczniowie liceów. Kiedy dyrekcja podjęła decyzję o zdjęciu tytułu z afisza niemal doszło do protestów.

"Młoda śmierć" w reż. Anny Augustynowicz, fot. Marek Biczyk

„Młoda śmierć” w reż. Anny Augustynowicz, fot. Marek Biczyk

A wy sami oglądacie spektakle kilka razy?

B.Pa: Zdarza się.

B.Py: Generlna próba jest dla nas obowiązkowa, zostajemy czasem też jak jesteśmy na dyżurze (pracownicy biura obsługi widzów „wypuszczają” spektakl, tzn. decydują o momencie jego rozpoczęcia w porozumieniu z inspicjentem obecnym na scenie – przyp. Red.).

Spotykacie się z dowodami sympatii? Widzowie przychodzą Wam dziękować?

B.Py: Za co mają nam dziękować? To nie my przygotowujemy przedstawienia. Czasem ktoś podziękuje za znalezienie lepszego miejsca, bo wiadomo, kombinujemy – ktoś nie przyszedł, to miejsce daje się innej osobie.

A pretensje?

B.Pa: Raczej nie, czasem wątpliwości mają nauczyciele, którzy niekiedy spodziewają się bardziej tradycyjnego teatru. Najprostszy przykład – po „Kubusiu Puchatku” przyszła nauczycielka i zapytała, dlaczego zajączek nie miał uszu.

Znani jesteście z tego, że zmieniacie tytuły sztuk…

B.Py: O, z czegoś jesteśmy znani!

Przynajmniej ja Was tak postrzegam. Jeśli pojawia się jakiś tytuł, już po chwili ma on swoją wersję stworzoną przez Was, śmieszną, a czasem nawet niezbyt grzeczną…

B.Py: Zazwyczaj, między sobą „idziemy na skróty”, tworzymy nową wersję, szczególnie przy tytułach wieloczłonowych. Z tym też wiąże się anegdota, z tytułem „Moja wątroba jest bez sensu albo zagłada ludu”.

B.Pa: Widzowie dzwonili i pytali co gramy, podawałam tytuł, a oni mówili „A co lepsze?”, po prostu myśleli, że to dwa tytuły. Teraz najwięcej przekręceń jest w tytule „Seks dla opornych” – „dla odpornych”, „dla upartych”…

Macie takie wspomnienia, które zapisały się w waszej pamięci, jako anegdota?

B.Py: Wyłącznie!

B.Pa: Większość nie nadaje się do opowiadania (śmiech). Ale dużo zabawnych sytuacji było z wręczaniem kwiatów, nierzadko się spóźniliśmy. Kiedyś przy kwiatach była też karteczka z podziękowaniem o dyrektora. Raz, spóźniona wręczałam kwiaty i każdemu mówiłam „Wymieńcie się, wymieńcie się”.

B.Py: Oj, Betina wiele lat była „dziewczynką z kwiatkami”.

Pamiętam też jak przez kilka lat pracowałaś w restauracji przy Teatrze Małym, a jednak wróciłaś do biura obsługi widzów.

B.Pa: Ona jest skazana na to miejsce. Bo nie wiem, czy wiesz, ale jak się kilka raz popracuje w teatrze, to już się w nim zostaje na zawsze.

Ojej, to jaka przyszłość przede mną? Dziękuję Wam za rozmowę.