Moją bronią jest poczucie humoru [wywiad]

Paweł Niczewski, fot. facebook.com/ImprozKrypty

Paweł Niczewski, fot. facebook.com/ImprozKrypty

W tym sezonie stworzył jedną z najbardziej wyjątkowych ról w jego dorobku – Gościa w „Pustostanie”, można go też spotkać w Teatrze „Piwnica przy Krypcie”, której szefuje. W tym roku po raz pierwszy był przewodniczącym Rady Artystycznej KONTRAPUNKTU. Jaki na co dzień jest Paweł Niczewski i jakie są jego nowe doświadczenia? Z aktorem rozmawia Katarzyna Knyszyńska w cyklu CZEGO NIE WIDAĆ.

Katarzyna Knyszyńska: W tym roku po raz pierwszy zasiadał Pan na miejscu przewodniczącego Rady Artystycznej festiwalu KONTRAPUNKT. Mógłby Pan podsumować krótko tegoroczną, 52 już edycję Przeglądu Teatrów Małych Form? Co należało do zakresu Pana działań?

Paweł Niczewski: Byłem przewodniczącym Rady Artystycznej, ale nad kształtem tegorocznego Kontrapunktu pracowaliśmy wszyscy jako zespół, a w jego składzie: ja, Arek Buszko, Maciej Litkowski, Paulina Neukampf oraz Maria Marcinkiewicz-Górna. Pierwszorzędnym celem naszej pracy było stworzenie idei, która przyświecałaby całemu wydarzeniu. Myśleliśmy wspólnie o czym powinien być festiwal tak, aby mieć pole do rozmowy z widzem. Do tej idei wybraliśmy dostępne spektakle i tym samym daliśmy tematy do dyskusji z publicznością. Uważam, że tegoroczny Przegląd Teatrów Małych Form wypadł pozytywnie, byłem zadowolony z wysokiego poziomu tego festiwalu. Myślę, że sprostaliśmy oczekiwaniom widzów, ale i swoim, ponieważ przedtem kompletnie nie miałem pojęcia jak wygląda tworzenie Kontrapunktu od zera.

K.K: Czy zaczęliście już pracę nad kolejną edycją?

P.N: W naszych głowach powoli rodzą się pomysły co do głównej idei przyszłego Kontrapunktu. Niedawno mieliśmy spotkanie podsumowujące tegoroczne wydanie, omówiliśmy to co się udało, a co warto poprawić. Są pewne „pierworysy”, lecz nie mogę zdradzać szczegółów.

Paweł Niczewski (pierwszy od prawej) z organizatorami Kontrapunktu ( oraz laureatem Janem Czaplińskim, fot. Piotr Nykowski

Paweł Niczewski (pierwszy od prawej) z organizatorami Kontrapunktu (Marią Marcinkiewicz-Górną, Maciejm Litkowskim, Arkadiuszem Buszko, Markiem Sztarkiem) oraz laureatem Janem Czaplińskim, fot. Piotr Nykowski

K.K: Jest Pan kierownikiem teatru ,,Piwnica przy Krypcie” w Zamku Książąt Pomorskich. Skąd zrodził się pomysł na to, aby wprowadzić do Szczecina teatr improwizowany?

P.N: Z improwizacją spotkałem się w szkole teatralnej, lecz wtedy w Polsce Teatr Impro po prostu nie istniał. To się pojawiło w Polsce 10 lat temu, a w tej chwili zyskuje coraz większą popularność wśród widzów. Staram się czerpać inspiracje z Klubu Komediowego w Warszawie, ponieważ są najbardziej zaawansowanymi grupami, jeżeli chodzi o tę formę teatru. Klancyk, Hofesinka, czy Hurt Luster to wzorcowe teatry improwizowane, od których się uczę. W Szczecinie istnieją obecnie dwie grupy improwizacyjne – Pod Pretekstem oraz my -„Impro z Krypty”. W grudniu 2015 roku rozpoczęliśmy naszą działalność, zapraszając na warsztaty Grzegorza Dolniaka znanego jako kabareciarza, twórcę programów telewizyjnych, konferansjera, improwizatora oraz stand up-era. To właśnie on wprowadzał nas w świat improwizacji i pokazywał na czym to wszystko polega.

K.K: Jakim wyzwaniem była dla Pana improwizacja jako forma teatralna? To całkiem nowe doświadczenie?

P.N: Z perspektywy półtora roku wydaje mi się, że teatr improwizowany jest dla aktorów bardzo rozwojowym przedsięwzięciem. Improwizacja daje możliwość świetnej zabawy. Forma teatru, w którym aktorzy grają spontanicznie i bez scenariusza pozwala zwalczyć najstraszniejszy sen aktora (taki jak w filmie Luisa Buñuela pt. ,,Dyskretny urok burżuazji”), czyli wyjście na scenę z tzw. kompletną pustką w głowie. Wspaniałe jest to, że bez żadnych wcześniejszych założeń ani scenariusza jesteśmy w stanie zbudować nie tylko jedną scenę, ale całą opowieść, która jest spójna i ma początek oraz koniec.

K.K: Zdarzyło się Panu improwizować na scenie podczas nieimprowizowanego przedstawienia?

P.N: Jasne, że się zdarzyło. Czasami dzieje się tak, że np. partner nie wejdzie na scenę w odpowiednim momencie, bo coś się stało za kulisami i jest problem. Myślę, że teraz tym bardziej potrafię sobie poradzić w takich sytuacjach. Dobrze jest znać tekst i nie pozwolić sobie na pomyłkę, ale istotniejsze jest opanowanie zdarzenia i wyjście z opresji tak, aby widz się nie zorientował.

K.K: Czy takie „sceniczne faux pas” jest przedmiotem dyskusji między aktorami po spektaklu?

P.N: Raczej nie. Sztuka jest najlepsza wtedy, kiedy traktuje się ją na ,,tu i teraz”. Oczywiście, po spektaklu możemy się spotkać i wysunąć pewne wnioski, ale wielcy improwizatorzy uczą tego, żeby korzystać z tego co dzieje się w danej chwili i że nie warto wszystkiego aż tak bardzo analizować.

Paweł Niczewski z aktorami Impro z Krypty, foto: facebook.com/ImprozKrypty

Paweł Niczewski z aktorami Impro z Krypty (Marta Uszko, Piotr Śnieguła, Maciej Sikorski, Adam Kuzycz-Berezowski, Rafał Hajdukiewicz, Agata Kolasińska) foto: facebook.com/ImprozKrypty

K.K: Skąd czerpie Pan energię do tego, aby działać na wielu płaszczyznach i jednocześnie być tak bardzo pozytywną i uśmiechniętą osobą?

P.N: Poważnie? (uśmiech) Cieszę się, że jestem tak odbierany. Zawsze moim głównym założeniem aktorskim było to, że moją bronią jest poczucie humoru. Myślę, że to jest moja mocna strona, aczkolwiek po ostatnim castingu do reklamy pani reżyser uznała, że jestem zbyt pozytywny. Bawienie się z ludźmi, wygłupy i wspólne śmianie z kolegami to jest coś co lubię.

K.K: Zatem jest Pan towarzyski?

P.N: Nie do końca. W gruncie rzeczy jestem bardzo nieśmiały, a poczucie humoru to dla mnie sposób komunikacji i pretekst do spotkania z drugim człowiekiem. Prywatnie nie jestem aż tak otwarty i zdarza mi się być smutnym, nostalgicznym, ale to tak w samotności.

K.K: W lutym tego roku odbyła się premiera spektaklu ,,Pustostan” w reżyserii Pawła Paszty. Jest Pan jedynym aktorem na scenie, który nie mówi nic przez większość przedstawienia. Czy jest to trudnym zadaniem, aby zachować powagę i nie ulec emocjom, uśmiechom ze strony kolegów na scenie i widzów?

P.N: Po pierwszym spotkaniu z egzemplarzem scenariusza nie byłem zachwycony, ale z czasem zacząłem szukać, odkrywać w sobie to, czego jeszcze nie byłem świadomy. Było to ciekawym wyzwaniem, ponieważ dotykałem pokładów, które nigdy przedtem nie były ujawnione.

Paweł Niczewski w "Pustostanie" z Roberte Gondkiem, Konradem Betą i Marią Dąbrowską, fot. Piotr Nykowski

Paweł Niczewski w „Pustostanie” z Robertem Gondkiem, Konradem Betą i Marią Dąbrowską, fot. Piotr Nykowski

K.K: Kim jest Gość w tym przedstawieniu?

P.N: Jest to dość tajemnicza postać. Przed większą część sztuki nie wiadomo kim jest ten bohater, czy Bogiem, czy może diabłem. Co powoduje to, że wszyscy przed nim klękają i się do niego modlą, dlaczego się nie odzywa, co nim kieruje? Na te wszystkie pytania musiałem odpowiedzieć sobie sam kreując tę postać. Zbudowanie takiej postaci nie było łatwe, ale ciekawe ponieważ ja jako postać sceniczna muszę wiedzieć kim jestem i co robię na scenie. Nie chcę zdradzać czytelnikom intymnych kulis powstawania roli, ale finalnie okazuje się, że moja postać to agent nieruchomości.

K.K: Czy zawód aktora wiąże się z jakimiś wyrzeczeniami?

P.N: Dobry aktor musi się dobrze prowadzić (śmiech). Trzeba być w pełnej sprawności psychicznej, ale i fizycznej. Mimo chorób i różnych przypadłości trzeba dotrzeć do teatru. Na przykład wczoraj brałem udział w próbach do teledysku, na których musiałem się uczyć jeździć na rolkach (oczywiście się wywróciłem i mam wielkiego siniaka). Do każdej roli trzeba się przygotować zarówno fizycznie, jak i psychicznie i jest to czasami dużym wyzwaniem. W Teatrze Współczesnym często trzeba się rozebrać w spektaklu, więc ciało powinno być w dobrej kondycji.

K.K: Jakie są plusy tego zawodu?

P.N: Pochodzę z niedużego miasta, Kielc, będącego symbolem prowincji, więc wyjazd na studia do szkoły teatralnej w wielkim mieście był swoistą zaletą. Kiedyś imponowało mi spotykanie znanych osobistości, ale teraz gdzie indziej upatruję przyjemności z aktorstwa. Największym plusem jest dla mnie obecnie stwarzanie nowych rzeczywistości, wchodzenia w nie, a także uruchamianie mechanizmu wspólnej zabawy w świecie wyobrażonym. Lubię rozmowę, wymianę energetyczną między aktorami bez względu na to czy jest to aktor z osiągnięciami, czy debiutant. Najważniejszy moment to ten, w którym zapalają się światła i gramy. Świat towarzyski i spotkania ze znanymi ludźmi przeszły na dalszy plan. Teatr jest dla mnie po to, aby przeżyć jakąś fajną przygodę na scenie.

K.K: Czy istnieje złoty środek na szybką i bezbłędną naukę tekstu na pamięć? Jak przygotowuje się Pan do premier lub spektakli wznawianych po dłuższej przerwie?

P.N: Ostatnio przekonałem się, że najważniejsze jest, aby powiedzieć sobie ,,Jezu, jakie to jest fajne, jak ja to lubię grać”. Starsi aktorzy z wieloletnim doświadczeniem mówią ,,baw się dobrze, a reszta pójdzie sama” i całkowicie się z tym zgadzam. Dobra zabawa jest warunkiem wstępnym. Podchodzenie do nauki tekstu z pozytywnym nastawieniem powoduje, że reszta pójdzie gładko. Nasz mózg jest taką fajną maszynką, że jak mu się powie ,,to jest fajne, to co zamierzam zrobić i zagrać jest super” to sam znajdzie sobie sposób na łatwe przyswojenie materiału. Oczywiście, są na to profesjonalne metody, ale są to rzeczy wtórne. Najważniejsze jest to, aby lubić to co się robi i podejść do tego optymistycznie.

K.K: A czy obudzony w środku nocy, byłby Pan w stanie wypowiedzieć na zawołanie kwestie z danego spektaklu?

P.N: Musiałbym się wkręcić na zasadzie ciągów logicznych, np. w dialogu. Wypowiedziane kwestie wynikają z wcześniejszych słów partnera scenicznego. Indyjscy aktorzy wystawiają przedstawienia trwające 2-3 dni i potrafią cały tekst na pamięć. Według nich odbywa się na zasadzie „nawlekania kolejnych koralików na sznurek” i coś w tym jest.

K.K: Gdyby nie teatr to…?

P.N: Nic mnie tak bardzo nie cieszy jak teatr. Gdybym na ulicy zachowywał się i ubierał tak jak w teatrze, to z pewnością uchodziłbym za dziwadło. W teatrze mogę sobie pozwolić na różne dziwne rzeczy, na które w życiu codziennym na pewno bym się nie odważył. To jest duża radość, kiedy rano mogę być Loczkiem z „Piotrusia Pana” i wygłupiać się w krótkich spodenkach, a wieczorem mogę zagrać diabolicznego agenta nieruchomości w „Pustostanie”.

K.K: Czy aktorstwo było planem A? Czy miał Pan inne predyspozycje lub pasje aby w razie niepowodzenia podjąć przygotowanie do innego zawodu?

P.N: Mój ojciec był lekarzem i bardzo chciał żebym poszedł w jego ślady. Faktycznie, złożyłem dokumenty na Akademię Medyczną, ale wcześniej odbywały się egzaminy do szkoły teatralnej i się dostałem. Poszedłem do ojca i powiedziałem mu: ,,Tato, ja już nie będę lekarzem”, na co tato się bardzo zasmucił, spojrzał mi prosto w oczy i powiedział: ,,i co, błaznem chcesz być?” I tak do dziś realizuję klątwę mojego ojca (śmiech), choć przyznam, że mi to odpowiada, bo nie wiem czy byłbym dobrym lekarzem. Zawsze szukałem (i w zasadzie do dziś szukam) sposobu na komunikację z ludźmi, bo jak już wcześniej wspominałem, byłem chorobliwie nieśmiałym dzieckiem. Aktorstwo jest moim narzędziem do kontaktu z drugim człowiekiem.

K.K: Czy długi staż w zawodzie aktora oznacza, iż nie czuje Pan tremy, stresu lub wstydu przed widownią? Pokonał Pan swoją nieśmiałość?

P.N: Myślę, że trema bierze się z tego, gdy aktor przychodzi się pokazać. W momencie gdy rzeczywiście idę i nastawiam się na ocenę tego co gram, to może pojawiać się trema. Jednak kiedy wychodzę na scenę aby zagrać, spotkać się i rozmawiać to towarzyszy mi przyjemna ekscytacja, którą można porównać do podekscytowania przed fajną wycieczką, czy randką. Uczucie tego, że lubię być Mojo w ,,Mojo Mickybo” w reż. Wiktora Rubina lub Hrabią w ,,Panu Tadeuszu” w reż. Ireny Jun, czy też Loczkiem z wspominanego już ,,Piotrusia Pana” reżyserowanego przez Ewelinę Marciniak jest budujące i sprawia, że znowu chcę zagrać tę postać. Trema tworzy się z oceny oraz z myślenia o tym jak będę oceniony i jak ”wypadnę”.

K.K: A czyta Pan recenzje spektakli, w których Pan gra i w których często jest Pan oceniany?

P.N: Zdarza się, ale nie jest to dla mnie bardzo istotne. Każde nawet kulawe przedstawienie jest przygodą, ale oczywiście mogę zastanowić się dlaczego próba uruchomienia pewnego mechanizmu nie zadziałała.

K.K: Inwazja nieproszonych gości, czyli „Godzina spokoju” w reżyserii Norberta Rakowskiego to niezbity dowód na to, że rola Lea, w którą się Pan wciela jest w stanie rozbawić do łez (mnie również) swoją gestykulacją, modulacją głosu i ruchem scenicznym. Muszę przyznać, że świetnie udaje Pan cudzoziemca. Skąd u Pana te umiejętności?

P.N: To kwestia wcielenia się w tę postać, ułożenia jej życiorysu, zastanowienia się dlaczego ma takie zachowanie i jaki jest tego cel. Nie zastanawiam się głębiej nad tym jakie gesty wykonuję. W przypadku Lea z ,,Godziny spokoju” mamy do czynienia z bohaterem, który bardzo chce zrobić remont, tylko nie bardzo potrafi. Przygotowując się do tej roli brałem lekcje portugalskiego na YouTube (śmiech), ale generalnie budowałem tę postać na chęci porozumienia, mimo trudności językowych i ukrycia swoich wad. Leo nie dość, że jest słabym fachowcem, próbującym zarobić na wielodzietną rodzinę, to jeszcze stara się udawać Polaka. Ponadto jest katolikiem, więc kłamstwo, w które brnie na nim ciąży i stąd wynika jego rozpacz, która momentami przybiera komiczny wydźwięk.

K.K: Nad czym Pan obecnie pracuje? Czego możemy się spodziewać w nowym nadchodzącym sezonie?

P.N: Rozpocząłem przygotowania do realizacji spektaklu pt. „Moja ABBA” Tomasza Mana, który będzie miał premierę w październiku tego roku w teatrze Piwnica przy Krypcie. W Teatrze Współczesnym jeszcze nie jestem pewien w czym wystąpię.

K.K: Następny najbliższy spektakl w obecnym sezonie, w którym możemy Pana zobaczyć to…?

P.N: 23, 24, 25 czerwca w Teatrze Współczesnym gramy ,,Pustostan” oraz zapraszam wszystkich Państwa na ostatni już w tym sezonie pokaz improwizacji w wykonaniu Klubu Komediowego „Impro z Krypty” – „Wyjście z mroku”, który odbędzie się 24 czerwca o godz. 20:00 w Domu Kultury 13 Muz.

KK: Dziękuję za rozmowę.