Materiał bieżący biedy [RECENZJA]

Adrianna Janowska-Moniuszko w "Historii T-shirtu", fot. P. Nykowski

Adrianna Janowska-Moniuszko w „Historii T-shirtu”, fot. P. Nykowski

Jak bardzo nie dotyka nas cudza krzywda? I jak bardzo chcemy na niej zarobić albo zaoszczędzić? Czy moralnie już upadliśmy? A może jednak jest dla nas nadzieja? O spektaklu „Historia T-shirtu…” pisze Małgorzata Klimkowska. 

UWAGA!

Przyciąganie uwagi stało się dzisiaj celem mediów i korporacji. Walka o nasz czas i uwagę toczy się codziennie i na każdym kroku. Programy są coraz bardziej szokujące, telewizja, radio, dostajemy masę ulotek i gazet. Wszystko naraz, więc kiedy mamy pewność, że ktoś nas słucha? Myślę, że dlatego aktorzy najpierw próbowali na siebie zwrócić uwagę. Jedna z aktorek miała T-shirt z napisem „Jesteście najlepszą widownią na świecie”. Prawidłowo? Na pewno skutecznie.

Po sznurku do kłębka

Spektakl opowiada o tym jak klienci patrzą na handel odzieżą i jej drugim końcu. Jest ciekawie zbudowany, ponieważ aktorzy często zmieniają nastrój. Widownia pozostaje w konsternacji, jeszcze przed chwilą zabawne dialogi i akcenty pozwalały rozluźnić się i uśmiechnąć, po czym aktor bierze mikrofon do ręki i mówi całkowicie poważnie jedno słowo: „bieda”. Trudne przejście z komedii do tragedii szczególnie dla widza, bardzo duża zmiana emocjonalna. Ten kontrast i szybka zmiana może sugerować jak jest na wschodzie, gdzie trudno o stabilizację.

Ile warstw ma człowiek? I ile trzeba ubrać T-shirtów, żeby odzwierciedlić siebie? Najlepiej założyć wszystkie naraz. To, co nosimy niewątpliwie odzwierciedla jakimi ludźmi jesteśmy. Ale ludzie, którzy szyją te koszulki wielokrotnie nie wiedzą nawet, co jest na nich napisane. Chyba nie każda dwunastoletnia Chinka umie język angielski, prawda? Mimo tego, że wiemy jak wygląda tego typu produkcja, nie reagujemy na to. Spektakl jednak pokazuje jak łatwo możemy zmienić swoje myślenie, choć jeszcze w ostatniej scenie sami aktorzy pytają nas, jak długo będziemy tym poruszeni i czy czujemy się winni. A potem? Potem oni sami o tym zapominają i wracają do swoich spraw… tak jakby się nic nie stało.

Czy jest jeszcze nadzieja?

Nie odstępuje mnie wrażanie, że reżyserka Małgorzata Wdowik nie pozostawia nas z uczuciem beznadziejności. Jedna z postaci bardzo się wyróżnia. Aktorzy są ubrani (oczywiście) w T-shirty, jednak jedna z aktorek to mała dziewczynka ubrana w stary (z XVII wieku?) strój. Dla mnie symbol przyszłości ubrany w przeszłość, w czasy w których popularne było szycie na miarę, a krawcowe były bardzo cenione. Czyli istnieje możliwość, że przestaniemy wykorzystywać siebie nawzajem? Czyli jest dla nas nadzieja. Kiedy dojdzie do przełomu – tego nie wiemy, ale przynajmniej możemy na niego czekać. Serdecznie polecam spektakl pt. „HistoriaT-shirtu, czyli jak dobrze urodzić się na Zachodzie”, od czasu do czasu warto zobaczyć swoją obojętność w niecodziennym wydaniu.

10981819_882941241780547_7806067982215426454_n

 

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”
Autorka: Małgorzata Klimkowska