Mamy kryzys [recenzja]

swiadkowie-3-1

Magdalena Wrani-Stachowska i Maciej Litkowski w spektaklu „Świadkowie…”, foto: Piotr Nykowski

,,Głupota przybiera rozmiary normalne (…), zakłada się nogę na nogę”- kataklizmy i ludzkie tragedie już nas nie wzruszają. Przechodzimy wokół nich obojętnie, odwracamy głowę, nie chcemy tego widzieć. Nie podejmujemy głębszych tematów w obawie przed niepewnością i utratą stabilizacji. Czy tworzymy pozorny fundament własnej osobowości? O spektaklu uzewnętrzniającym nas samych – „Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja” w reżyserii Katarzyny Szyngiery pisze Katarzyna Knyszyńska.

Homo sapiens

Wydaje się, że kryzysem obecnych czasów i współczesnych ludzi jest brak indywidualizmu. Wszyscy obieramy jednakowe wzorce, ubieramy się tak samo, mamy jednakowe tatuaże, a nawet nosimy identyczne fryzury. Zupełnie tak samo jak bohaterowie sztuki pt. ,,Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja ”.

Każdy z aktorów po wyjściu na scenę jest odziany w homogeniczny kostium z kontrastującym deseniem. Wszyscy mają białe trampki, blond peruki, a nawet identyczne bidony. Tło scenografii zlewa się z aktorami, aktorzy zlewają się ze scenografią, tworząc jednolitą masę, przestrzeń w której się znajdują. Niczym szczególnym się nie wyróżniają, ich indywidualność jest pochłonięta przez otaczający ich świat. Postaci wykreowane przez reżyserkę Katarzynę Szyngierę, cierpią na szerzącą się chorobę XXI wieku – uniformizm. W dążeniu do ujednolicenia zatracili własne „ja”. Wszystkie granice zostały zatarte, nie znamy nawet ich godności. Nie zwracają się do siebie po imieniu, dialogi między nimi (o ile można je w ogóle klasyfikować jako dialogi) są bezosobowe i sztuczne.

Gra pozorów

Mężczyzna i Kobieta, pozornie młode, szczęśliwe małżeństwo. Trzymają się za ręce, uśmiechają się na wszystkie strony, stwarzając obraz obłudy, wystawienia pozornego szczęścia na świat zewnętrzny. Wyglądają na zadowolonych i ustabilizowanych życiowo. Rozmawiają o sprawach błahych, momentalnie wręcz absurdalnych, iście bezsensownych. Zwracają się do siebie czule w pełni uśmiechu, lecz za chwilę temperatura mleka i obecność kożuszka wyprowadza z równowagi Mężczyznę.

Na każdym szczeblu ich wymiany słów następuje zgrzyt. Nie sprawiają już wrażenia udanego małżeństwa. Dlaczego są razem mimo różnicy poglądów? Boją się, co powiedzą ludzie, boją się samotności mimo, iż każde z nich jest paradoksalnie samotne w związku? Męczą się, ale nie narzekają. Nie wysnuwają wniosków, nie rozmawiają o spięciach, nie próbują nic naprawić. Po kłótni przechodzą do porządku dziennego, nie wracają do tematu. Brną w zaślepienie. Boją się ośmieszenia, odrzucenia, popadają w konformizm. Są jednymi z nas.

Świetna gra aktorska Magdaleny Wrani- Stachowskiej unaocznia widzom zapatrzenie we własne „quasi ja”. Kreacja bohaterki wywiera wrażenie: ona jest jak lalka Barbie. Blond peruka, doklejane rzęsy, wysokie szpilki, rzucający się w oczy makijaż a la „strobing” daje jednoznaczne wrażenie. Ona nie jest sobą. Udaje, zachowuje pozory, nie chce wyjść na gorszą. Jej prawdziwe ja skrywa się pod przykrywką peruki, rzęs, pełnego makijażu i sztucznego do bólu uśmiechu.

,,Przecież wiesz, z jakim trudem wywalczyłem sobie to miejsce…”

Druga część spektaklu to spotkanie dwóch obcych sobie Mężczyzn (Drugiego i Trzeciego), dające im szansę na znajomość, odskocznia od codziennej samotności. Drugi pragnie zwierzyć się, powiedzieć w końcu jaki jest „naprawdę”, chce skończyć z etykietką nadaną mu przez innych. Ściąga ubranie i perukę, dokonuje się swego rodzaju obnażenie. Być może chce poznać kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać od serca. Niestety, na próżno. Prezentuje głęboko skrywane tajemnice swojego życia, a tym samym stwarza kolejne pozory. Trzeci niechętnie mówi o sobie, żartuje, w sposób oględny odchodzi od tematu.

Obaj trwają w stagnacji, zgadzają się na wszystko. Przyglądają się cierpieniu czołgającego się w ich stronę człowieka. Odwracają głowę, zasłaniają oczy, wmawiają sobie wzajemnie, że to na pewno nie człowiek, a pies, jakoby to miało ich usprawiedliwić. Są obojętni na zło tego świata, nie próbują nic zmienić. Znieczulica. To oddaje klimat całej sceny z udziałem tych Dwóch.

„Zakłada się nogę na nogę’”

Ludzie widzą cierpienie na każdym kroku, na ulicy, w telewizji, w sieci. Mówią o tym, jak pisze Różewicz – „w sposób oględny”, niby widzą, ale nie chcą widzieć. Nie robią też nic, aby to zmienić. Wyzbywają się człowieczeństwa patrząc na cierpienie drugiej istoty. Nie czują współczucia, brak w nich empatii. Zakładamy nogę na nogę, popijając kawkę. Czytamy gazety przepełnione informacjami z całego świata o tragediach ludzi, dzieci, o wypadkach samochodowych, o pożarach. Ale przechodzimy wokół tego do porządku dziennego, przełączając kanały w TV, czy przerzucając kartki czasopism.

Podkreśla to choćby rola i gra aktorska Arkadiusza Buszki – fantastyczna, wręcz karykaturalna. Odzwierciedla psychologiczny stan umysłu, strach przed zmianą, obawa przed utratą pozornej stabilizacji. Nie umie żyć inaczej, nie jest na tyle odważny, aby postawić jeden krok, zaryzykować i pójść w stronę innej, lepszej rzeczywistości. Bije się z własnymi myślami, nawet fizycznie marszczy sobie głowę, próbuje przestać zadręczać się myślami, ale nie udaje się mu to.

Spektakl pt. „Świadkowie albo nasza mała stabilizacja” oparty na tekście Tadeusza Różewicza jest wciąż aktualnym tekstem, który odpowiada na pytanie: jacy my jesteśmy naprawdę? Reżyserka ukazała nas, ludzi, jako marionetki podporządkowane współczesności. Nie chcemy być świadkami, boimy się konsekwencji. Jesteśmy w związkach, ale gdzieś w głębi pozostajemy samotni. Przedstawienie grane w Malarni to obraz kryzysu wartości, które warto zobaczyć. Może coś w nas zmieni?

10362360_704273719626484_1188761904208839090_n

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”

Autorka: Katarzyna Knyszyńska