Mad women: wściekłe, czy szalone? [RECENZJA]

"Mad women", na zdjęciu od lewej: Monika (Maria Dąbrowska), Magda (Magdalena Myszkiewicz), Ewa (Barbara Lewandowska), Agnieszka (Ewa Sobczak) oraz Anna (Magdalena Wrani-Stachowska), fot. Piotr Nykowski

„Mad women”, na zdjęciu od lewej: Monika (Maria Dąbrowska), Magda (Magdalena Myszkiewicz), Ewa (Barbara Lewandowska), Agnieszka (Ewa Sobczak) oraz Anna (Magdalena Wrani-Stachowska), fot. Piotr Nykowski

Czemu wściekłe? Bo nie mogą być mężczyznami, a współczesna idea feminizmu jest niemożliwa do zrealizowania? Jak sobie radzić z kobiecością, która oznacza walkę na szpilki? O spektaklu „Mad Woman” w reż. Barbary Wiśniewskiej pisze Sonia Suchecka.

Czemu wściekłe? Bo nie mogą być mężczyznami, a współczesna idea feminizmu jest niemożliwa do zrealizowania? Jak sobie radzić z kobiecością, która oznacza walkę na szpilki? Pozornie banalne rozwiązanie przedstawia nam Natalia Mołodowiec, autorka dramatu: to cudowna tabletka umożliwiająca kobiecie w końcu stanąć na wysokości zadania! A jeżeli przy tym zwariuje… No cóż.

Najnowsza edycja: Barbie menedżerka

Widz, który wybierze się na „Mad Women” wejdzie do przyjaznej, niewielkiej „Malarni”, gdzie w towarzystwie około trzydziestu innych osób poczuje się niemal rodzinnie. Można powiedzieć, że to typowe „kobiece kino”. Oświetli go ciepłe różowo-pomarańczowe światło, na scenę wyjdzie ubrana na pastelowo blondynka, która przy dudniącym elektropopie zespołu The Dumplings poprzeskakuje przez dziury w stole konferencyjnym ze sklejki.

Ten plastikowy krajobraz przywodzi na myśl reklamę najnowszej Barbie z edycji „menedżerka projektu”. Tym razem lalka nie tylko prezentuje nienaganny wygląd- jak dowiadujemy się ze spektaklu, maluje usta tylko Diorem, jednak jest idealna też wewnętrznie. Surrealistyczna lalka spełnia się we wszystkich rolach. Robi wszystko. Jest niezatrzymana.

Rozdarcie opakowania

Nie ma możliwości bycia człowiekiem? No i co z tego, połyka niebieskie cukierki jak wodę, która z niepokojącym brzdękiem kołysze się w szklankach. Jednak lalka musi wyjść z pudełka i funkcjonować poza swoją korpo pracą. Spektakl w reżyserii Barbary Wiśniewskiej tak naprawdę przedstawia nam już nie tak cukierkową ideę współczesnej kobiety – feministki i matki, głowy domu i perfekcyjnej pani domu w jednym.

Widzimy zatem nie tyle obraz kobiety, która chce przebijać głową szklany sufit, więcej – ona chce szybować w galaktyczne przestworza. Pracownice topowej korporacji tworzą matriarchat, w którym kobieca staje się tylko otoczka, tak samo sztuczna jak bohaterki. Każda z nich, chociaż funkcjonuje robotycznie wśród koleżanek, rywalizuje z innymi chłodno i bezdusznie podkładając im kłody pod nogi, chociaż wewnętrznie jest zagubiona.

Stopiony plastik

Każda Barbie w pewnym momencie zrzuca szpilki i zwraca się bezpośrednio do widowni. Tu ujawniają się lęki i role społeczne niemożliwe do spełnienia. Własna niepewność, nieumiejętność pogodzenia relacji rodzinnych, zachowania życia religijnego czy nawet własnej płci, z wymaganym przez współczesność obrazem kobiety sukcesu. Superwoman staje się hybrydą mężczyzny i kobiety, pojmuje feminizm opacznie, jako potrzebę udowodnienia, że „trzeba robić wszystko” jak mówi „Debora Spar*. To co miało ją uwolnić, powoduje jej zniewolenie, sama zaprzęga się w kierat podwójnych obowiązków, którym nie potrafi sprostać.

Odpowiedzią na wszystkie problemy wydaje się być cudowna tabletka, mająca prowadzić do „zmierzchu psychoterapeutów”. Jednak tu pojawia się kolejne pytanie: czy tabletka wpływająca na kobiecą psychikę nie uczyni na niej uszczerbku? Czy nie sprawi, że będzie się efektywnym kosztem emocji, empatii, samej szeroko rozumianej kobiecości…? Nasze bohaterki nie mają czasu na takie rozważania, aż do ostatniej sceny spektaklu. Jest to niedaleka przyszłość, w której wszystkie menedżerki i specjalistki zażywają cudowne leki nawet w ciąży i tuż po niej, stając się bezdusznymi, rywalizującymi matkami. Szefowa korporacji na kolanach trzyma ogromne dziecko – najnowszy produkt uosobiony w różowo-białej tabletce.

Czy Barbie może mieć prawdziwe dziecko?

Ostatnia, absurdalna scena to pościg wszystkich bohaterek za własnymi cieniami, obrót wokół stołu konferencyjnego, który wydaje się być nadal centrum ich wszechświata, chociaż teoretycznie wypowiadają się o własnych dzieciach. Nie ma w nich jednak miłości, ich przekrzykiwanie się jest dalszym podbudowywaniem własnego ego, jako matki przyszłego geniusza.

Spektakl stawia widzowi pytanie, czy jest jakiś złoty środek na połączenie ról kobiecych i męskich, czy raczej kończy się to maskulinizacją kobiet o tragicznych skutkach. Czy Barbie może mieć prawdziwe dziecko i naprawdę je kochać? Czy jesteśmy w stanie schować do kieszeni naszą potrzebę doskonałości, by pokochać żywego człowieka?

*Debora L. Spar „Supermenki. O seksie, władzy i pogoni za perfekcją”

13417531_1112552822145939_2913444299754937366_n

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”

Autorka: Sonia Suchecka