Jak pojechałam do Opola na „Ślub”

TJK_W._Gombrowicz_Slub_rez._Anna_Augustynowicz_fot._Michal_Ramus-41

„Ślub”, reż. Anna Augustynowicz, na zdjęciu: Jędrzej Wielecki (Władzio), Magdalena Żak (Mania), Arkadiusz Buszko (Pijak), fot. Michał Ramus

Jeszcze w pociągu do Opola miałam w głowie obrazek publiczności śpiewającej w strugach deszczu piosenki Bajmu. Dziesiątki telewizyjnych wieczorów z dzieciństwa ze słynnym, muzycznym tematem rozpoczynającym festiwal polskiej piosenki wyparło jednak intensywne, teatralne doświadczenie – premiera „Ślubu” Witolda Gombrowicza w reż. Anny Augustynowicz. 

Ukochany Gombrowicz

Dzień przed wyjazdem, razem z jedną z aktorek uprzytomniłam sobie, że Gombrowicz, co by o nim nie mówić, był (jest?) jednym z ulubionych autorów… polskich licealistów. Jeśli w liceum ktokolwiek uprawiał teatr i kleił choćby sceniczną próbkę jakiegokolwiek teatru – Gombrowicz był autorem obowiązkowym (w wersji „teatru popularnego” zastępował go inny „autor na G”, czyli Gałczyński). Gombrowicz pociągał jednak wszystkich ambitnych i zbuntowanych – oto jako pierwszy „w kanonie lektur” otwarcie mówił o młodzieńczym buncie, chlubił się niedojrzałością i z ciekawością, rękoma swoich bohaterów wkładał palce tam, „gdzie nie trzeba”. Zmysłowość opisów, pozornie nic nie znaczących, gestów, jak zwijanie chlebowych kuleczek, podszywał (to słowo!) pożądaniem, pragnieniami, często skrywanymi, nieprawomyślnymi i cokolwiek dzikimi.

Redagując scenariusz na próby „Ślubu”, intensywnie wczytana w tekst, przypomniałam sobie jak często trafnie celuje autor w relacje rodzinne – bez ogródek ukazuje rodzicieli oraz obowiązkową ich obecność jako odwieczną traumę, balast i mękę. Ten wątek intensywnie rymował się dla mnie z czasem młodzieńczej potrzeby odrzucania rodziców – Gombrowicza czytało się wtedy z ulgą upragnionego zrozumienia własnych uczuć. Wątek powrotu do rodzinnego domu, w którym rodzice jawią się jako zarówno bliscy, jak i obcy, otwiera dramat, a potrzeba wzajemnego zbliżania i odpychania intensyfikuje jego dramaturgię.

Po doświadczeniu czytania „Ślubu”, który dziś rodzi przede wszystkim intensywny szereg skojarzeń z życiem publicznym, zapewne niejedna i niejeden z nas mógł jeszcze zobaczyć najnowszą wersję kinową świata Gombrowicza. „Kosmos” Andrzeja Żuławskiego jest jednak jeszcze innym doświadczeniem – filmową baśnią unurzaną w plenerach Portugalii, w których Witold ze swadą długimi, francuskimi palcami oddziela od siebie słowa i wpada w obłęd (polecam!).

Obecność Gombrowicza w polskiej kulturze, szkole i wyobraźni ludzi młodych ma jeszcze jeden wymiar, szczególnie wybrzmiewający w ostatnich latach. Skreślany (i przywracany) do listy szkolnych lektur, odwoływany z nazwy pociągu na trasie Szczecin Główny-Przemyśl tylko potwierdza, jak bardzo jest aktualny, drażniący, żywo dotykający naszych lęków, obsesji i świętości.

Może lepiej się nie budzić: „Ślub”

Tak, jak „okres czerwony trwa u Almodovara co najmniej od dwudziestu lat, a intensywny kolor stał się dlań rodzajem autorskiego stempla”, tak czarny jest domeną Anny Augustynowicz. Tym razem jednak następuje drobne przewartościowanie – przyjemność zaskoczenia się pracą Marka Brauna (scenografia) i Wandy Kowalskiej (kostiumy) pozostawiam zatem, nie zdradzając żadnej tajemnicy. Nie jest tajemnicą jednak, że dobrze znany język teatru Anny Augustynowicz, gdzie ujawnianie teatralności liczy się bardziej, niż mamienie widzów historią obrazkową, w relacji z Gombrowiczem może stanowić zgrany duet.

Napięcie powstające pomiędzy nachalną potrzebą teatru w życiu publicznym, o której pisze Gombrowicz (ceremonialności, dostojności, pompy, potrzebnej do „wielkich czynów”), kontrastuje z umownością, minimalizmem i skromnością przedstawienia. Na ten element reżyserskiej koncepcji wskazywał Jacek Wakar, krytyk teatralny prowadzący spotkanie z twórcami po spektaklu.

Anna Augustynowicz i Jacek Wakar w czasie spotkania z publicznością po pokazie "Ślubu", fot.

Anna Augustynowicz i Jacek Wakar w czasie spotkania z publicznością po pokazie „Ślubu”, fot. Agata Patoła

„Gombrowicz nie lubił teatru” – mówiła na spotkaniu Anna Augustynowicz – „nie lubił aktorstwa z patosem, stworzył więc postać Henryka, która czuje nadużycie formy, pokazuje jak upijamy się nią, jak ją nadużywamy. Bawiąc się językiem Wyspiańskiego mówi o tym zjawisku „wysoki ton-wielki dzwon””. Henryk (Grzegorz Falkowski) jest zatem reżyserem teatru, który rodzi się w jego głowie, z całym „polskim imaginarium”, serią skojarzeń i postaci. Niezdolny do dokonania rewolucji żyje w świecie, który „wyszedł z formy”. „Czytam sen Henryka jako senny koszmar” – mówił jeden z widzów – „pytanie, do jakiego świata mamy się obudzić po wyjściu z teatru?” – zastanawiali się twórcy przedstawienia.

Publiczność zgromadzona w Modelatorni – nowej sali Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu pytała także o pracę nad rolami – tworzywem teatru. Szczególną uwagę wzbudziła postać Pijaka oraz scena, w której, jak mówił Jacek Wakar, „rozmawia ze sobą dwóch, równorzędnych graczy”, bo Pijak, wbrew stereotypowi, wchodzi na scenę świadomie, a jego racje brzmią racjonalnie. „Rozmowa jest możliwa, jeśli istnieje szacunek do obu postaci” – mówił kreujący tę rolę Arkadiusz Buszko. O aktorskim poszukiwaniu postaci mówiła też Joanna Matuszak grająca rolę Matki i Jędrzej Wielecki (Władzio): „Praca nad naszymi rolami polegała głównie na tym, aby znaleźć to jaki jest dźwięk tej postaci, czyli nie w emocji, ani psychologii”.

Tę krótką relację z pokazu, jak i rozmowy po (mam nadzieję, tylko dającą przedsmak samego spektaklu) dopełnię jeszcze jedną zachętą. „Ślub” jest pierwszym spektaklem Anny Augustynowicz, w którym publiczność… śpiewa. Zachęcam, zapraszam – gramy w Szczecinie już od 21 października.

Opole, echże ty!

Nie byłabym sobą jednak, gdybym w tym momencie nie poświęciła choćby słowa miastu Opole, ponieważ turystyka teatralna, którą uprawiam od lat ma w sobie dreszczyk emocji nowości, a jednocześnie jest rodzajem odnajdywania domu w obcym miejscu. W centrum podroży znajduje się zatem teatr, do którego jadę, a ten, który przywitał mnie w Opolu robi wrażenie bardzo, bardzo pozytywne. Oto całkiem niedawno dyrektorem teatru został Norbert Rakowski (w Szczecinie znany jako reżyser „Bliżej”, „Godziny spokoju”, czy też opery „Piękna Helena”).

Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu, foyer, fot. archiwum teatru

Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu, foyer, fot. archiwum teatru

Dzięki nowemu dyrektorowi w teatrze doszło do rewolucji, a ta, której namacalnie doświadczają widzowie i mieszkańcy Opola dotyczy na pewno architektury. Ta często marginalizowana kwestia ma jednak znaczenie niebagatelne. Witające mnie wielkie foyer z olbrzymimi przeszkleniami, urządzone nowocześnie, a jednak zgrabnie nawiązujące do epoki, kiedy budynek powstał (lata 70.), jest imponujące, a jednocześnie przytulne. Chce się tam być, podobnie jak w położonej z drugiej strony budynku kawiarni Kofeina 2.0, gdzie przez cały pobyt niełatwo znaleźć można było miejsce siedzące. Do teatru i jego pubu przychodzą tłumy młodych ludzi z miasta – to jedno z najmodniejszych i najprzyjemniejszych miejsc w Opolu. I nie chodzi o warszawski, czy hipsterski klimat – przyjazność miejsca, ludzi pracujących w teatrze, architektury, czy małej architektury, gdzie każdy detal zaprasza – „zostań z nami” buduje niezapomniane wrażenie i… przyciąga publiczność do teatru.

Teatr jest w momencie szczególnym, pewnego rozruchu, budowania marki – najnowszą jest scena Modelatornia (jej powstanie otwierała premiera „Ślubu”), gdzie w przestrzeni dawnej malarni dekoracji* będą powstawały spektakle kameralne, bardziej eksperymentalne. Miast tworzonych z rozmachem musicali i fars na dużej scenie teatru – spektakle, być może takie, jak choćby goszczące tu od lat w ramach znanego festiwalu „Klasyka Polska” (teraz powstaje tam „Uroczystość” w reż. Norberta Rakowskiego). Jest jeszcze najmniejsza scena – Bunkier, w której tworzona jest współczesna sztuka „Coś pomiędzy” w reż. Tomasza Cymermana.

Teatr w Opolu, łączący klasyczność i nowoczesność, niedaleko odstępuje od charakteru samego miasta. Miasto to wydaje się zresztą być pomiędzy najnowszymi świetnymi pomysłami, a urzekającą staroświeckością. W Opolu można zatem wybrać się do ultranowoczesnego Muzeum Polskiej Piosenki i odpocząć na jego tarasie z widokiem na Amfiteatr, wynająć miejski rower cargo (żeby u nas były takie!), przejechać się ścieżką rowerową zbudowaną na rzecznym wale, wynająć tam kajak i zjeść w tawernie z widokiem na rzekę. Opole, zwane „polską Wenecją”, poprzecinane szlakami wodnymi, ma tyle pięknych widoków, że łatwo się w nich zakochać.

Rowery cargo w Opolu, fot. Nextbike

Rowery cargo w Opolu, fot. Nextbike

Do Opola tylko częściowo dotarła potrzeba kreowania marki na modłę zachodnią, zatem szyldy sklepów i instytucji zwracają uwagę. Jubiler to jubiler, optyk to optyk, dom dziecka to dom dziecka, żadnych dopisków, a księgarnie (naliczyłam 6!!!, nawet na dworcu jest!) noszą na przykład nazwy świętych. Jak marka to lokalna – cukiernia „Ptyś”, obuwniczy „Hollybut”, mięsny „Żeberko”, i nawet lody świderki sprzedawczyni opiera na własnej recepturze i nazywa „Świderkami Ady” (niedługo mają wejść na rynek w całej Polsce!).

I żeby nie było – oczywiście, że w hotelu Mercury odnajdzie się na ścianie fotosy z festiwalu piosenki, oczywiście, że przejdzie się w mieście aleją gwiazd i oczywistym jest, że w muzeum spędziłam niemal dwie godziny, słuchając ukochanych piosenek z dzieciństwa (Edyty Geppert na adapterze Bambino!). Opole jest cudowne i choć oglądany w nim „Ślub” Gombrowicza trzeźwi z sentymentów, pozwala zachować równowagę w świecie, który cieszy i przeraża jednocześnie.

*ciekawostka: w teatrze w Opolu, w tym właśnie miejscu, tuż po ukończeniu liceum plastycznego, pracowała autorka kostiumów do „Ślubu” Wanda Kowalska. Zajmowała się malowaniem dekoracji. W latach 1959-1965 zaczynał swoją przygodę z teatrem w Opolu także Jerzy Grotowski, jeszcze zanim został twórcą znanym na całym świecie.

"Ślub" w reż. Anny Augustynowicz, w centrum: Grzegorz Falkowski jako Henryk, fot. Michał Ramus

„Ślub” w reż. Anny Augustynowicz, w centrum: Grzegorz Falkowski jako Henryk, fot. Michał Ramus