Jak dobrze zagrać złe aktorstwo? [RECENZJA]

Adrianna Janowska-Moniuszko i Bogusław Kierc w "Burzy", fot. P. Nykowski

Adrianna Janowska-Moniuszko (Miranda) i Bogusław Kierc (Prospero) w „Burzy”, fot. P. Nykowski

Wyobraźmy sobie aktora, który ma zadanie przedstawić osobę grającą źle, nieprzekonująco. Czy w takiej sytuacji odtwórca powinien tak dobrze wczuć się w rolę, by przekonać publiczność, iż jest złym artystą? – o „Burzy” w reż. Anny Augustynowicz pisze Katarzyna Kowalewska. 

Jak dobrze zagrać złe aktorstwo? Pytanie to zadaję całkiem serio i bez przymrużenia oka. Wyobraźmy sobie aktora, który ma zadanie przedstawić osobę grającą źle, nieprzekonująco. Czy w takiej sytuacji odtwórca powinien tak dobrze wczuć się w rolę, by przekonać publiczność, iż jest złym artystą? Co zaś się stanie, jeśli jego kunszt nie zostanie rozpoznany? Może więc należy jakoś po cichu, mrugnąć jednym okiem do widza, by jakoś zasygnalizować mu, jaka jest istota granej roli?

Właśnie ten aktorski dylemat widzę w „Burzy”. Przez poszczególnych artystów został on rozwiązany w odmienny sposób. Pojawiła się zarówno przekonująca gra gry bez wyrazu, teatralność gestów (będąca owym „puszczeniem oka” do widza), jak i brak sztuczności. Pojawia się tylko pytanie: po co to wszystko? Otóż Teatr Współczesny uczynił ze swoich desek scenę podwójną (czy też potrójną, biorąc pod uwagę nazwę części aktów). Widzowie „Burzy” mogli zaobserwować teatr w teatrze. Główny bohater spektaklu to manipulator, który tworzy własną sztukę, sterując pozostałymi postaciami niczym marionetkami. Bezwolni bohaterzy spełniają oczekiwania Prospera, ale robią to bez przekonania. Nie ulegają iluzji, zdają się nie wierzyć w mówienie tego, do czego są zmuszone.

Nikt chyba nie śmie wierzyć w szczerość wyznania miłości Mirandzie przez Ferdynanda. Brak w jego oczach iskry, w słowach – żaru. Słowa miłości wydają się błahe, odbiera się im całą siłę oddziaływania, mimo że pisał je przecież Szekspir – twórca najsłynniejszej pary żarliwych kochanków w historii dramatu. Jest to reinterpretacja niezwykle ciekawa i na pewno – mogąca wynikać z treści dramatu. Manipulacja – wiążąca się z nieszczerością zamiarów manipulatora – ma prawo odcisnąć piętno na szczerości ofiar.

Jest w ruchach aktorów odgrywających postacie ofiar udawanie, nienaturalność, mechaniczność. Podkreśla te cechy także sceneria – niezwykle surowa, szpitalna. W głębi sceny znajdują się wózki inwalidzkie, co łączy się z ułomnością postaci, wybrakowaniem, pozbawieniem ich energii życiowej. Stroje większości postaci są niepełne, to najczęściej koszula albo płaszcz bez spodni. Wszystkiemu towarzyszy cisza albo mechaniczne dźwięki: dźwięk silnika statku, stukot.

Sztuczność jednak nie nudzi; wręcz przeciwnie – budzi ona grozę. Także górujący nad wszystkim Prospero staje się postacią złowrogą. „Jeszcze raz” – nakazuje, gdy któraś z odgrywanych scen dostatecznie go nie satysfakcjonuje. „No, nie! Jeszcze raz!” – wykrzykuje. Dba o jakość oświadczyn dla swojej córki, ale tym samym jawi się jako despota, skazujący jedyne dziecko na sztuczną iluzję miłości. Odgradza ją od realnego życia, odcina od źródeł informacji innych niż on sam. Zachowuje się niczym totalitarny tyran, którego najbardziej godna pożałowania ofiara to jedyna córka. Być może jego dylemat jest także problemem każdego rodzica. Jak pogodzić troskę o ukochane dziecko z daniem mu wolności? Jak nie przemienić własnej opiekuńczości w zniewolenie? Najwyraźniej Prospero nie zamierza pogodzić tych racji. Jest opiekunem absolutnym; i takim też władcą.

Teatr ma być iluzją. Tym razem widzowie obserwują tę iluzję jakby zza szyby. Zdają sobie sprawę z manipulacji Prospera i z ułudy, jakiej zostają poddane jego ofiary. Jest to doświadczenie niezwykłe, zupełnie inne, które można nazwać podwójnym wyzwaniem – dla aktorów muszących dobrze odegrać liche odgrywanie ról, a także dla odbiorców – którzy muszą zrezygnować z tradycyjnego zagłębienia się w przekonujący świat teatru. Widzowie stają przed wyborem – mogą albo nie zaakceptować tych zmienionych reguł sztuki, albo z fascynacją obserwować mechanizmy rządzące ludźmi.

W jakim stopniu Prospero zniewala rozbitków swoimi czarami? Czy nie wykorzystuje on pęt, które narzucili sobie oni sami? Przybysze chcą zostać nowymi monarchami na wyspie, przez co zaślepia ich żądza władzy. Każdy przejawia jakieś aspiracje przywódcze, chce odegrać jakąś rolę. Czyżby każdy chciałby być reżyserem? Tymczasem okazuje się, że na wyspie reżyser jest tylko jeden – Prospero, dawny władca Neapolu, wygnany przez swojego brata. Dotarłszy na wyspę, wyzwala ją spod dyktatury wiedźmy Sykoraks. Najwyraźniej jednak sam zajmuje jej miejsce, czyniąc sobie podległym (analogicznie do wcześniejszej władczyni) ducha Ariela. Czego pragnie Prospero: zemsty, sprawiedliwości? Czy on sam wciąż reżyseruje tę samą sztukę, którą planował?

W końcu Prospero przebacza spiskowcom, rezygnuje z magicznej władzy i obiecuje usunąć się na dalszy plan. Skoro jednak główny dyrygent usunął się z rzeszy bijących się pomniejszych reżyserów, nasuwa się pytanie: kto tym razem zacznie grać pierwsze skrzypce?

13394210_834803686664007_9074708585471046990_n

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”
Autorka: Katarzyna Kowalewska