Interaktywny musical w lodowych tropikach [wywiad]

"Bzik. Ostatnia minuta", na zdjęciu: Michał Lewandowski, Adam Kuzycz-Berezowski, Arkadiusz Buszko, Konrad Beta, Magdalena Warni-Stachowska, fot. Natalia Kabanow

„Bzik. Ostatnia minuta”, na zdjęciu: Michał Lewandowski, Adam Kuzycz-Berezowski, Arkadiusz Buszko, Konrad Beta, Magdalena Warni-Stachowska, fot. Natalia Kabanow

Forma teatralna, w której widzę potencjał lekkości, uroku i zabawy jest mi potrzebna do tego, żeby wciągnąć widzów do namysłu krytycznego – mówi Ewelina Marciniak, reżyserka „Bzika. Ostatniej minuty”. Dziś na blogu o przygotowywanym właśnie spektaklu opowiada wraz z autorem sztuki i dramaturgiem – Janem Czaplińskim

Kamila Paradowska: Jakimi jesteście turystami? Backpacking czy all inclusive?

Jan Czapliński: Ja właściwie niewiele jeżdżę po tak zwanym świecie. Trochę tylko, dzięki mojej dziewczynie, która jeździć lubi i ma impuls turystyczny, żeby być w drodze i poznawać. Ja jakoś mniej, uczę się tego przy niej. Natomiast jeśli już, to wiadomo, że nie „all inclusive”. „All inclusive” mamy, oczywiście, w najwyższej pogardzie. Z powodów ideologiczno-habitusowych.

Ewelina Marciniak: Zostałam wychowana na „bakpakrekę”… przez aktorów Teatru Współczesnego w Szczecinie. Po pracy nad spektaklem „Piotruś Pan” dostałam od nich propozycję wyprawy do Indii. Otrzymałam instrukcję obsługi na maila i ta instrukcja obsługi – dzisiaj to wiem – była to instrukcja obsługi „jak być backpakersem”, czyli, że mamy plecak i poruszamy się najmniej turystycznymi szlakami. Oni mnie tego wszystkiego nauczyli, można powiedzieć – wciągnęli mnie mnie w to.

KP: Z kim podróżowałaś? Z zespołem, który teraz gra w „Bziku…”?

EM: Prawie dokładnie – to część ekipy Zagubionych Chłopców z „Piotrusia Pana” i Dzwoneczek, czyli Wojciech Sandach, Adam Kuzycz-Berezowski i Magdalena Wrani-Stachowska.

KP: Przenosicie doświadczenia wspólnych podróży na scenę?

EM: Próbujemy zarazić tym Janka, on ma taki filtr analityczny… [śmiech]

JCZ: Myślę, że pozwala nam się to w pracy nad „Bzikiem…” ciekawie zderzyć: Ewelina dużo podróżuje i jest to dla niej ważne, a ja zachowuję do jej doświadczeń krytyczny dystans. Na przecięciu wytwarza się opowieść.

EM: Weryfikujemy w ten sposób swoje podróże, próbujemy je przemyśleć. Bo człowiek, który decyduje się na podróż, dużo w tę podróż zabiera za sobą – marzenia, cele, ale też oczekiwania, założenia, projekcje. W czasie prób mówimy o tym i Janek jest taką osobą, która musi to wszystko przyjmować i filtrować. Począwszy od drobnych anegdot, a skończywszy na historiach, które nas naprawdę poruszyły, które coś w nas uruchomiły, zmieniły. Na przykład – przyjeżdżasz do Indii i mówisz: „Tam jest inaczej”. I teraz zaczynamy się zastanawiać, co to znaczy. Co znaczy twój sposób nazwania znaczy, co znaczy twoje bycie tam i czy twoja postawa jest rzeczywiście w porządku, w stosunku do ludzi, którzy tam żyją, mieszkają i których pojechałeś trochę też oglądać.

KP: O czym jest zatem Wasz „Bzik…”, Wasza opowieść? Wychodzicie od motywów zawartych w dramacie Witkacego i opowiadacie ludziach, którzy pojechali na Wschód doświadczyć czegoś nowego? O Polakach, którzy tam jeżdżą? A może o procesie, który w nas zachodzi w zetknięciu z Innym?

EM: Proces zetknięcia z Innym to jeden z elementów pracy, który staram się uruchomić w czasie prób z aktorami. Tematem nadrzędnym, który nas niesie to zderzenie Wschodu z Europą – tu jest punkt ciężkości.

JCZ: Motyw Witkacego był dla nas bardzo dobrym punktem zapalnym – interesy robione na wschodzie przez szemraną europejską arystokrację. To dziś bardzo żywy i trudny zarazem temat – relacje gospodarcze między Wschodem i Zachodem. Niby nie jest dla nikogo nowością, że większość rzeczy, z których korzystamy na co dzień – od ubrań po elektronikę – została wyprodukowana przez tanią siłę roboczą z Azji, ale ze zdumiewającą łatwością nauczyliśmy się traktować ten układ jako dziejowo-klasową oczywistość. Mamy na odległość swoich niewolników, bo najwyraźniej nam się to należy. Lepiej się urodziliśmy. Uważam, że ten temat to dziś wytrych, dzięki któremu można się dostać do zachodnio-wschodniej relacji w całej jej rozciągłości – poszerzając to o sprawy związane z turystyką, z postkolonialnymi narracjami o wschodzie, z historią kolonializmu. Zresztą, samo „podparcie się” Witkacym jest nie tylko wampirycznym pójściem na łatwiznę – wyprzedzam pytanie o to, dlaczego podpieram się czyimś autorytetem, zamiast po prostu napisać swoje – a gestem ustawienia się w tradycji teatralnych narracji o wschodzie. Bo to też bardzo dynamiczna narracja – inaczej opowiadaliśmy sobie wschód za czasów Witkacego, inaczej dwadzieścia lat temu, kiedy „Bzika” robił Jarzyna, a inaczej dziś, kiedy ofertami wycieczek do Tajlandii, Wietnamu czy Laosu kuszą nas, swoim nieprzesadnie wyrafinowanym językiem, biura podróży.

KP: Obietnica orientu?

JCZ: Z obietnicą orientu wiąże się szereg kolejnych obietnic – prawdy, autentyczności, odnalezienia czegoś w sobie, zrozumienia. Niezależnie od tego, czy kupujemy te obietnice, czy nie, to wielu z nas decyduje się tam pojechać. I w takich okolicznościach próbujemy też rozpisać tę naszą historię, traktując Witkacego trochę jak opakowanie, w które trzeba trochę podrapać, żeby zobaczyć, co się pod nim kryje.

"Bzik. Ostatnia minuta", na zdjęciu: Wojciech Sandach i Maja Kleszcz

„Bzik. Ostatnia minuta”, na zdjęciu: Wojciech Sandach i Maja Kleszcz

KP: Tematy, o których mówisz, zderzają się z bardzo ciekawą koncepcją przedstawienia. Na pierwszej próbie użyłaś takie sformułowania jak „interaktywny musical”. Bardzo ciekawi mnie teatr, forma, jaką próbujesz otworzyć ten temat? Możesz zdradzić, czego możemy się spodziewać na scenie?

EM: Forma teatralna na pewno bierze się z tematu, ale ważne jest to, że zderzenie z Witkacym nie było tylko zderzeniem z samym tekstem, ale też z kultowym przedstawieniem „Bzika tropikalnego” w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Jest to przedstawienie, które otworzyło w jakiś sposób polski teatr, jego możliwości, przestrzenie. W styczniu tego roku minęła dwudziesta rocznica tej premiery i dzięki temu mogliśmy zapoznać się z tym, co po latach artyści biorący udział w powstawaniu tego przedstawienia myślą dziś, na temat tego, co się wydarzyło, czym ono było, co dla nich znaczyło i kim oni dziś są. W pewnym momencie pracy nad „Bzikiem…” urodził się bunt wobec tego, czym jest to przedstawienie w Teatrze Rozmaitości, co ono robi z tekstem Witkacego. Sfera zderzenia z orientem zostaje pominięta w myśleniu krytycznym, jest uruchomiona tylko jako pewna sensualność, pewna aura, która towarzyszy bohaterom do rozegrania melodramatu, do rozegrania bardzo klasycznego, mieszczańskiego teatru tylko w nowej oprawie reżysersko-wizualno-muzycznej. Czytałam rozmowy z Grzegorzem Jarzyną, o tym, że odbył podróż na Bali przed przygotowaniem „Bzika tropikalnego” i miał poczucie, że istnieje potrzeba rytuału w teatrze, ale w jego spektaklu rytuał się nie odbywa. Nie wiem, czy u nas ten rytuał się odbędzie, ale mam poczucie, że skuteczne może być szukanie bezpośredniego kontaktu w widzem przez historię, która będzie dawała więcej możliwości, przez bardziej otwarte konstruowanie scen, przez tematy, które są bliższe widzowi, bliższe jego codzienności. Używanie melodramatu, punktowanie go, a przede wszystkim przeprowadzenie coraz mocniejszej myśli krytycznej na temat tego, jaki my, Europejczycy, mamy stosunek do Wschodu i jak lubimy wykluczać, dominować od zawsze – to jest dla mnie mocne, interesujące. Forma teatralna, w której widzę potencjał lekkości, uroku i zabawy jest mi potrzebna do tego, żeby wciągnąć widzów do namysłu krytycznego.

KP: W temacie uroku, lekkości i zabawy wrócę do tematu musicalu, ponieważ w spektaklu pojawią się piosenki. Jakie one mają zadanie? Pojawi się na pewno głos i postać Mai Kleszcz – także kompozytorki muzyki do spektaklu. Czy ktoś jeszcze zaśpiewa?

EM: Część lekka i urokliwa będzie śpiewana przez Magdę Wrani-Stachowską i Konrada Betę. Mają niezwykłe głosy i są aktorami, którzy potrafią śpiewać. Oni reprezentują rodzinę Polaków w tym przedstawieniu… bardziej lub mniej z tą polskością będący, że tak powiem. Głosem, który ma nas uwieść, głosem Dzikiej, będzie głos Mai Kleszcz. Te piosenki już nie będą lekkie i urokliwe – to będą mocne utwory, które mają nam zawirować w głowie, tak jakbyśmy mieli stanąć przed niezwykłym krajobrazem, który pozwala nam o sobie na chwilę zapomnieć.

KP: A propos krajobrazu – mimo tego, że w tytule, choćby i Witkacego istnieje obietnica tropików – na teatralnym podwórzu budowane są właśnie góry lodowe. Jak można to wyjaśnić?

JCZ: Nie czuję się kompetentny, aby to wyjaśnić w imieniu scenografki, Katarzyny Borkowskiej, ale myślę, że na tym właśnie polega jej ogromny talent, że z czegoś co wydaje ci się lodem – ona zrobi tropiki.

"Bzik. Ostatnia minuta", na zdjęciu: Magdalena Wrani-Stachowska

„Bzik. Ostatnia minuta”, na zdjęciu: Magdalena Wrani-Stachowska

KP: Czy pojawi się namiętność… tak mocno wpisana w utwór Witkacego, czyli wszystko, co wydarza się między Ellie (Maria Dąbrowska) a Price’em (Michał Lewandowski)?

EM: Troszkę melodramaciku będzie. [śmiech]

JCZ: Wydaje mi się, że żeby móc coś skrytykować, tak, czy owak, trzeba to najpierw mieć, trzeba to powołać, zarysować… Dlatego zachowujemy podstawową dla tekstu Witkacego relację między Price’m i Ellie – fatalna para kochanków w naszym „Bziku” też jest. Może nawet jeszcze fatalniejsza, niż w oryginale.

KP: Nie wiem… czy pytać Was… dotykać wątku nagości w tym spektaklu?

EM: A nie masz jeszcze tego w programie, że na widownię wchodzą tylko widzowie nago? [śmiech]

KP: No właśnie, a już zupełnie poważnie – jak myślicie, dla jakiego widza jest to przedstawienie? Czego taki widz, potencjalnie, może być ciekawy?

JCZ: Zderzenia się ze swoim doświadczeniem – podróżnika, turysty, konsumenta, może teatromana. Zapraszamy do wspólnej próby uznania naszego wielopoziomowego uwikłania we Wschód za istotną część naszych tożsamości.

EM: Bardzo dużo myślimy o widzu z aktorami i to jest bardzo przyjemne. Trochę go sobie wyobrażamy, mówimy o nim, oglądamy wspólnie spektakle. Mam takie marzenie, żeby przyszedł taki widz, który dawno nie był w teatrze i poczuł, że jakaś przestrzeń dla niego został odzyskana, że chciałby tu wrócić, chciałby się dobrze bawić i chciałby czuć przyjemność i zastanowienie. Marzę o widzu nieskażonym teatrem, który przyjdzie i powie: „Chcę tu wrócić”.

KP: Dziękuję za rozmowę.