Historia i uczestnictwo [Kontrapunkt 2013]

"Kaligula", reż. Anna Augustynowicz, na pierwszym planie Cherea (Adam Kuzycz-Berezowski), fot. K. Bieliński

„Kaligula”, reż. Anna Augustynowicz, na pierwszym planie Cherea (Adam Kuzycz-Berezowski), fot. K. Bieliński

Gdyby zebrać myśli przepływające przez trzy prezentowane we wtorek na Kontrapunkcie spektakle – hasłem spinającym byłaby „historia”. Ważne pozostaje też pytanie o widza i rodzaj zaproszenia go do świata budowanego przez teatr.

Historię traktuję tu jako pewną opowieść w ogóle, ale też tę pisaną ręką badaczy, wielką historię, a także małą, osobistą opowieść oraz herstory.

„Do historii, Kaligulo, do historii!” – stwierdza w finale tytułowy Kaligula, a jednocześnie otwiera nową perspektywę mówiąc „Jeszcze żyję”. Bohater dramatu Alberta Camusa pyta więc nie tylko o to, co może być rekonstrukcją zdarzeń zapisanych przez Swetoniusza, ale tym, co staje się przyszłością, możliwą dla każdego, kto posiada dar życia. Śmierć, unicestwienie, strach o życie, odpowiedzialność za życie innych, staje się jedną z prowokacji, do jakich zaprasza bohater dramatu. Czy siedząc na widowni nie doświadczyliście teatralnego złudzenia, że – tak – jesteśmy ofiarami, tak, jesteśmy spiskowcami, tak – lepiej zabić? Zabilibyście? Spektakl ten czytam jako szereg różnych prowokacji – przede wszystkim intelektualnych, które odbywają się poza czasem, z dala od historii, z dala od faktów, wobec umysłu, który – poprzez tak skonstruowaną opowieść oraz przepływające przez nią napięcia – poddaje się jej i pozwala w niej uczestniczyć.

Uczestnictwo w opowieści krążącej wokół narracji Elfriede Jelinek miało zupełnie inny charakter. „Amatorki” noszą w sobie rys przeszłości, z którą nie mogę się zgodzić i która jest dla mnie jedną z najokrutniejszych opowieści o kobietach. Codzienność bohaterek to właśnie owo herstory – życiowe wybory, proza życia, pragnienia, a ponad wszystko to, co musi się wydarzyć, czyli rodzaj społecznej opresji, zżerającego, żywego i jednocześnie martwego świata wokół, ludzkiej dżungli, z której nie ma ucieczki. Wobec tego świata również forma teatralna spektaklu mocno dążyła do skrajności – uczuć, emocji, wyrażonych przez takie działania aktorów, które niejednokrotnie nosiły rys przekroczenia. Przekroczona została też linia dzieląca scenę i widownię, widzowie dotykani, karmieni, wciągani na scenę stawali się częścią tej opowieści. Wiem jedno – gdyby to mnie aktor chciał dotknąć, ściągnąć mi okulary i zaprosić do powtarzania gestów – nie pozwoliłabym na to. Jelinek już dawno nauczyła kobiety, że nie warto dać się w tę grę wciągać. Ten spektakl zachęca do protestu.

Ostatni spektakl-performance dosłownie mówił o historii i osobistym jej przeżyciu, o wplątaniu w wielką historię i stawanie się jej ofiarą. Wnuk osoby publicznej dowiaduje się o oskarżeniach płynących wobec dziadka i widzi jego powolne zanikanie. Swoją opowieść zapisuje (tu krój czcionki, kojarzonej z dziecięcą, nie jest bez znaczenia) jako protest, poszukiwanie prawdy, ból, który go dotknął. Czy tylko jego? „Mała narracja” prowadzona jest w drugiej osobie liczby pojedynczej – „ty” – szukasz, dowiadujesz się, badasz, sprawdzasz – mówi do nas, do mnie, Wojtek Ziemiński. I znów zaproszona zostaję do uczestnictwa, w inny sposób, dotkliwy, emocjonalny, współodczuwam, rozumiem.

Historia – ta prywatna i ta, która pisana jest przez innych – nie jest mi obojętna. Wychodzę z teatru i piszę własną.