Gdzie się podział Rock’n’roll? – pisze dramaturg Mariusz Babicki

IMG_1257

Mur szczeciński, z napisem, fot. archiwum teatru

W związku ze spektaklem „Trollgatan. Ulica Trolli” usiłuję przypomnieć sobie swoją pierwszą i jak dotąd jedyną wizytę w Szwecji. Jak przez mgłę widzę ulice, budynki, pola i urokliwe wodne akweny. Było to dosyć dawno. Nie pamiętam szczegółów. Przypominaniu towarzyszy jedno stałe odczucie. Nie wiem jak najtrafniej je nazwać. Chyba „sterylność”. Przeszukuję obrazy przeszłości i nie potrafię przywołać sobie zaśmieconych terenów, na murach nie dostrzegam żadnego graffiti, wszystkie ławki wyglądają dokładnie na takie, jakie je ktoś postawił. Nie ma żadnego napisu: „tu byłem, Lars” czy „j…ć A.I.K Sztokholm”.

Owa sterylność potęguje wrażenie obcości.

Mijając ludzi czy też mając jakikolwiek kontakt z miejscową ludnością czułem surową życzliwość. Uśmiech, ale jednak też dystans. Dystans dominował nad uśmiechem, zdecydowanie. Duża wyrozumiałość dla rozmaitych nietaktów grupy młodych przybyszów z Gdańska, ale też mimowolny chłód wytwarzany w ciałach elegancko, zazwyczaj, ubranych Szwedów. Niby wszystko było w porządku, ba!, dużo bardziej niż w porządku, ale mimo to czułem jakiś podskórny niepokój. A gdybym wychowywał się w takim otoczeniu, w takim kraju? Gdybym Szwedem się urodził? Od początku swojego życia wzrastałbym w tej oazie porządku i powszechnej czołobitności wobec prawa. Co wtedy? Pewnie nie poruszyłbym tego tematu. Czułbym się normalnie. Ale co by było gdybym w wieku powiedzmy trzynastu lat, miał zostać w Szwecji na stałe?

Myślę, że bym się okropnie tym wszystkim znudził. Bo jak?

Będąc przyzwyczajonym do tego, że na każdym kroku może spotkać mnie coś zupełnie niespodziewanego, jak mógłbym przywyknąć do tej okropnej przewidywalności? Przecież zostawiam rower przed sklepem nie tylko dlatego, że nie mogę go wprowadzić do środka czy też dlatego, że bez niego będzie mi łatwiej robić zakupy. Zostawiam go też, a może przede wszystkim, dla tej nutki ryzyka. Wspaniały hazard ubarwiający codzienność jest nie do zastąpienia. Będzie rower po wyjściu ze sklepu, czy go nie będzie? Oto jest pytanie! Albo gdy napiszę coś na ławce. Jakąś najważniejszą dla mnie i mojego małego świata wiadomość, w Polsce będę mógł w spokoju oczekiwać na odpowiedź. W takiej Szwecji z pewnością ktoś szybko by to zamalował, nawet nie pomyślawszy o tym, by odpisać. W szkole nie mógłbym ściągać, bo siałbym zgorszenie wśród praworządnych uczniów. Ponadto któryś z nich w pewnym momencie doniósłby na mnie ku uciesze nauczycieli i kolegów z klasy.

Albo jeszcze inna sytuacja.

Wracam sobie z nocnej imprezy zorganizowanej przez moich przyjaciół i chcę wyrzucić jakiś papierek po batoniku… albo niech będzie… butelkę po tak zwanym „piwku na drogę”. Nie mogę. Nikt nie śmieci. Żadnych śmieci po drodze. Nikt mnie nie ośmieli choćby fragmentem biletu niedbale rzuconym gdzieś na trawę czy chodnik. Oczywiście! Śmietników być może spotkam po drodze mnóstwo, ale tu chodzi o coś zupełnie innego.

Gdzie ten rock’n’roll? Gdzie mogę dać upust swojemu złu? Przecież każdy ma w sobie jakieś pokłady zła, albo jeśli już nie chce się przyznawać, to choćby źdźbło zła – małego, prywatnego „zełka”. Gdzie można to zdetonować? Gdzie można badać granice? Gdzie balansować na nich?

Mariusz Babicki

Mariusz Babicki: urodzony w 1990, studiował na Akademii Teatralnej w Warszawie na wydziale aktorskim,absolwent Wiedzy o teatrze na Uniwersytecie Gdańskim. Stypendysta krakowskiej, prywatnej szkoły teatralnej Spot. Jego dramaty dwukrotnie znalazły się w półfinale Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej („Odysseus Geron” oraz „Koci koci łapci” - oba współtworzone wraz z Pawłem Niewiadomym) i w finale konkursuna jednoaktówkę w Och Teatrze za dramat „W poszukiwaniu Damy Pik". Wyreżyserował spektakl „Spotkanie z Autorem" w sopockim teatrze OFFDEBICZ według własnego scenariusza. Zajmuje się również adaptacją i dramaturgią.