Filozofii nigdy się nie kończy [Kontrapunkt 2016]

blog-3Tego ranka mój syn poprosił o dokładkę arbuza. Przystałam chętnie. Kiedy obróciłam się zobaczyłam co robi przy stole – z całych sił ściska owoc nad innymi. „Robię deszcz dla borówek” – powiedział z dumą. Tego ranka jeszcze nie wiedziałam, że ta zabawa będzie miała swoją kontynuację w dwóch oglądanych przeze mnie tego dnia przedstawieniach.

Wniosek do Ministerstwa Kultury

Po zobaczeniu spektaklu grupy Liqiud Loft zaczęłam się zastanawiać, czy polskie Ministerstwo Kultury, czy jakikolwiek inny organ przyznający dofinansowania dałby je dla tego działania artystycznego. Jak wyglądałby ów wniosek?

Prosimy o wsparcie dla taneczno-performatywnej formy audiowizualnej, w której będziemy poddawać analizie nasze fizyczne istnienie wobec roślin. Widzowie na wielkim ekranie będą oglądali zgromadzone na stole warzywa i owoce, które filmować będziemy powoli, w mocnym zbliżeniu. Potem wejdziemy w relacje między sobą, a warzywa i owoce, ich sensualność ożyje poprzez nagłośnienie dźwięków, które wydają gniecione i gryzione. Prosimy też o wsparcie na zakup drobnych robaków, które umieścimy w szklankach i będziemy je filmować z bliska, aby widzowie mogli oglądać te żyjątka kotłujące się na małej powierzchni z towarzyszeniem dźwięków. Spektakl zakończymy niespostrzeżenie, też się na koniec kotłując pod stołem jak owe robaczki.

Oczywiście uprawiam żarty, bo za spektaklem, według deklaracji artystów, kryje się raczej nawiązanie do wielkich dzieł kultury europejskiej, takich jak „Ogród rozkoszy ziemskich”. Dostrzegam je, a choć nieco się jednak nudziłam, widzę wartość w możliwości zobaczenia po raz pierwszy sałaty i pietruszki w konwencji baśniowego lasu.

Ojciec, matka, Peszek

Nie dziwię się publiczności, która gromko oklaskiwała spektakl „Ojciec matka, tunel strachu”. Dziwię się jednak temu, że wykonujący na żywo muzykę Dominik Strycharski został pominięty w momencie wręczania kwiatów. Oczywiście, zapewne dlatego, że nikt się nie spodziewał takiego udziału muzyka w spektaklu, a to zaskoczenie wywołuje przecież jeden najpiękniejszych obrazów, w czasie całego festiwalu.

Oto na prosto urządzonej scenie z trzema wielkimi poduchami, klockami i kwiatami w doniczkach wspólnie żyje rodzina. Ojciec, matka i chłopiec, którego bezbłędnie gra (przecież najstarszy metrykalnie) Jan Peszek. Peszek jest dzieckiem, chłopcem, buntownikiem, całkiem serio – dokładnie tak jak dziecko – rozgrywający swoje sprawy z rodzicami. Rodzice wydają się być wrzuceni w ciągłą niepewność, ich chaotyczne próby wychowywania, podejmowania decyzji, są raczej histeryczną szamotaniną. Wydaje się, że w tym układzie silniejsze pozostaje dziecko, dla którego rzeczywistość jest, jaka jest i wymaga odważnych działań. Może zbyt filozoficznie myślą rodzice? Matka, która jej nie skończyła na studiach, deklaruje w pewnym momencie, że to dlatego, że „filozofii nigdy się nie kończy”. Dowcipna, energetyczna satyra na rodziców próbujących odnaleźć się w dzisiejszym świecie działa ze zdwojoną siłą. Choćby wtedy, gdy publiczność wybucha śmiechem na prośbę chłopca, aby rodzice nie kazali mu grać na skrzypcach, a raczej dali karabin do ręki, bo tego wymaga świat.

A tuż obok sceny z wielkim instrumentarium piszczałek, dzwonków i grających zabawek siedzi przebrany za dinozaura muzyk Dominik Strycharski. Przetwarza, miksuje dźwięki, na żywo tworząc małą orkiestrę wywodzącą się z kakofonii codzienności dzisiejszych rodziców. Gest reżysera – Wojtka Klemma, aby do takiej zabawy zaprosić muzyka – genialny! Dla Dominika Strycharskiego wnioskuję o nagrodę specjalną – za osobowość, kompozycje, słuch muzyczny i poczucie humoru.

PS Kiedy wracałam po spektaklach do domu ok. 20:30 nagle zaczął padać… śnieg. Co ze spektaklem plenerowym? Wierzę, że się udało. Ja udałam się kłaść spać domowych artystów.