Drapanie miejsc po ciasnej bieliźnie [WYWIAD]

Malina Prześluga, fot. Piotr Wręga

Malina Prześluga, fot. Piotr Wręga

Moje „dorosłe” historie są połamane, niepełnosprawne, jakby przewróciły się od nadmiaru i nie potrafiły pozbierać po upadku. Do pionu stawia je słowo i język, bardzo rzadko przyczynowo-skutkowość, choć mają swój kierunek i zaliczając wszystkie zakręty i ślepe uliczki w końcu trafiają do celu – mówi Malina Prześluga, autorka „Pustostanu” w rozmowie z Kamilą Paradowską.

 

Kamila Paradowska: Przeczytałam ostatnio taki dowcip: „Wigilia: trzydzieści minut jedzenia, dwa dni zmywania.” Myślę, że bardzo pasuje on do Twojej sztuki, która dzieje się przecież w Wigilię. Z tą różnicą, że u Ciebie właściwie nie wiadomo, czy jeszcze świętujemy, czy już zmywamy – oczywiście w sensie metaforycznym, bo rozprawiasz się w niej z emocjami pomiędzy członkami rodziny. Jak udało Ci się uruchomić mechanizm „bezczelnego mówienia sobie prawdy” przy wigilijnym stole?

Malina Prześluga: Niepokojąco łatwo. To trochę tak, jak pozwolić mężczyźnie po ciężkim dniu pracy w korpo poluzować krawat, lub – porównanie znacznie mi bliższe – zdjąć ciasny stanik. Dopiero w momencie zdejmowania z siebie czegoś, co nas gniecie, uwiera, dusi, zauważamy, że w ogóle się to robiło, przez cały dzień! I czujemy olbrzymią fizyczną ulgę, choć chwilę wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że w ogóle coś nam doskwiera. Postaci „Pustostanu” nie są wzorowane na mojej rodzinie, w zasadzie na nikim, kogo dobrze znam. Ale dzięki nim przekłułam w sobie jakiś uwierający mnie balon – kurtuazji, dobrego wychowania, poprawności politycznej, oczekiwań, kultury osobistej, savoir-vivru, wyższego wykształcenia i czego tam jeszcze – rzeczy, które każą nam mówić nieprawdę dla dobra innych. Apogeum takiej altruistycznej nieszczerości jest właśnie w Święta, których ja nie postrzegam przez pryzmat religii, tradycji, a raczej rzadkiej okazji do spędzenia czasu z bliskimi. No właśnie – i już wkrada się bezmyślna językowa poprawność: „z bliskimi”. Komu bliskimi? Jak zażyła to jest bliskość? Czy bliski jest ktoś, z kim jesz sernik i wydłubujesz rybie ości na wspólny talerzyk, czy ktoś, komu mówisz prawdę o sobie? Choćby tę najbrudniejszą. Jakaś perwersyjna część mnie marzy o tym, by ludzie mówili sobie prawdę. Oczywiście wtedy nastąpiłby nie tylko koniec spotkań rodzinnych, ale w ogóle koniec świata. Może właśnie przez świadomość tego, jak niebezpieczna jest intymna prawda o nas, wypowiedzi bohaterów „Pustostanu” przychodziły do mnie tak łatwo – choć oni sami są mi przecież obcy? Każdy ma trupa w szafie, lub, będąc bliżej języka tego tekstu – brudne gacie w szufladzie. Grzebanie w takich brudach, bawienie się nimi, ubieranie ich w językowe konstrukcje i piramidy było przyjemne, tak jak przyjemne jest drapanie miejsc po ciasnej bieliźnie.

KP: „Pustostan” jest sztuką, która zaczyna się bardzo prosto – od od słów „Jest dom, ale na początku jest też ciężko”, a np. opis scenariusza sztuki „Cicho” rozpoczyna się słowami: „Zawsze gdzieś za miastem jest jakiś las. I każdy taki las ma swój środek. Środek lasu, który skrywa wiele tajemnic.” Mam wrażenie, że zawsze, niezależnie czy piszesz dla dzieci, czy dla dorosłych – zaczynasz nieco bajkowo, jakbyśmy mieli wiedzieć – otwieram przed wami całkiem nową opowieść. Jak ważne jest dla Ciebie opowiadanie historii?

MP: Hmm, coś w tym jest. Np. „Garnitur Prezydenta” zaczynam od zabawy w „gąski, gąski do domu”, którą Adam Mickiewicz prowadzi z narodem. „Kwaśne mleko” od fantastycznej teorii na temat stworzenia świata. „Czułość”, najnowszy tekst dla dorosłych, otwiera początek podróży pociągiem w wymyśloną stronę. Teatr dla dzieci nauczył mnie, że opowiadanie historii jest ważne, bo dzięki niemu odbiorca głębiej zanurza się w dramat, jest bliżej sedna opowieści i los bohaterów jakby bardziej go obchodzi i dotyczy. Jednak opowiadanie w tekstach dla dorosłych mocno różni się od wymyślania fabuł dziecięcych. Moje „dorosłe” historie są połamane, niepełnosprawne, jakby przewróciły się od nadmiaru i nie potrafiły pozbierać po upadku. Do pionu stawia je słowo i język, bardzo rzadko przyczynowo-skutkowość, choć mają swój kierunek i zaliczając wszystkie zakręty i ślepe uliczki w końcu trafiają do celu. Ważniejsza od przebiegu opowieści jest jednak sama postać – to ona stanowi trzon historii, lub – gdy jest ich więcej – splot akcji. Postać kryje w sobie własną historię, trochę moją, trochę podsłuchaną i podpatrzoną. Na tej wewnętrznej opowieści opiera się dramat. Dlatego być może sama „story” bywa w moich tekstach kulawa i zdekompletowana – jak ludzkie wnętrze.

KP: Pierwsze moje skojarzenie z tytułem „Pustostan” to… architektura, która niewidzialnie wpływa na nasze samopoczucie, sposób bycia i stan umysłu, bohaterów Twojego dramatu także. Były inne warianty tego tytułu? Co dało Ci myślenie o przestrzeni dramatu jako o pustostanie?

MP: Pierwszy tytuł brzmiał: „Dom, którego nie było”. To fragment wiersza mojego kolegi, który zresztą cytuję na początku tekstu. „Pustostan” wydał mi się jednak bardziej dosadny, mocniejszy, bo oznacza przestrzeń opuszczoną, miejsce, w którym kiedyś tętniło życie, ktoś tam był i już go nie ma – poczucie osamotnienia jest chyba w tym przypadku dosadniejsze niż w domu, który nigdy nie istniał. Pustostan kojarzy mi się z tęsknotą, z utratą, z mijaniem. Metafora przestrzeni, obcowania z nią i poruszania się po niej towarzyszyła mi od początku pisania tego dramatu. Sama przeprowadzałam się zbyt wiele razy i wiem, co to znaczy zmieścić życie do kilku kartonów. Poza użytecznymi sprzętami każdy z nas trzyma przy sobie przez lata obiekty kultu – pamięci, silnych przeżyć i związanych z nimi emocji. Wszystkie te pamiątki, listy, zapiski, fotografie, przeczytane książki, znaczące wiele bibeloty – można się nimi szczelnie obudować, zaznaczyć własne terytorium, oswoić pustkę – tę w sobie i tę w czterech ścianach. Rozstawiamy to nasze życie w przedmiotach dookoła i budujemy tożsamość miejsca, a przy okazji własną. W „Pustostanie” podobnie widzę relacje rodzinne – co nam zostanie, gdy pozbawimy je oswojonych i dobrze znanych zachowań, frazesów, kalek językowych i bezmyślnych wyuczonych gestów i reakcji – czyli tego wszystkiego, dzięki czemu człowiek czuje się bezpiecznie? Znajdziemy się w emocjonalnym pustostanie czy może będzie z nami ktoś jeszcze? Świetnie mi pasowały wszelkie budowlane porównania, można nimi opisywać sytuację w rodzinie – mocne fundamenty, fasada z taniej dykty, ciężkie konstrukcje i próchniejące legary – tak łatwiej nazywa się trudno nazywalne stany.

KP: Zaczynasz i kończysz sztukę, jak piszesz w didaskaliach „rzewnym motywem finałowym” z filmu „Kevin sam w domu”. Przyznaj się: ile razy go oglądałaś? Jakie skojarzenia budzi w Tobie osobiście?

MP: Nie wiem, ile razy oglądałam „Kevina” . Trzy? Cztery? Nie lubię tego filmu, kojarzy mi się z rozczarowaniem. Moment, w którym ktoś z rodziny włączał w Wigilię telewizor, zawsze był dla mnie momentem końca świąt. Choć u nas to nie „Kevin” królował w salonie, to jednak w końcu ktoś telewizję włączał, a wtedy tę kruchą, wyproszoną Świętami bliskość szlag trafiał. „Kevin sam w domu” z racji gigantycznej popularności stał się w Polsce jednym z symboli Bożego Narodzenia. W „Pustostanie” Kevin odzwierciedla tęsknotę za bliskością i rodzinnością, ale fatalnie ulokowaną. Proszę sobie wyobrazić – na kanapie siedzi dowolna rodzina, mama, tata, dzieci, dziadkowie, pies, kot. Siedzą blisko siebie, stykają się kolanami, przykrywają jednym kocem, podają sobie talerz ciastek i nawet je chrupią w podobny sposób – i wszyscy oni milczą, wlepiają wzrok w TV, oglądając taką czy inną ciepłą, rodzinną, świąteczną produkcję i myślą sobie: tamci to mają dobrze, tak się rozumieją, kochają, tak ze sobą rozmawiają, tak pięknie spędzają te święta, co za rodzina, też byśmy tak chcieli. Tak to widzę, tym jest dla mnie „Kevin” i cała reszta – przekierowaniem uwagi, azymutem na bierność.

KP: W wywiadzie dla „Dialogu”, mówisz, że „wszystko w tym tekście jest tęsknotą do miłości”. Jak ją definiujesz?

MP: Miłość to dla mnie bycie blisko w absolutnie każdych okolicznościach. I bycie przy kimś sobą, bez tych wszystkich warstw, które nakładamy na siebie w samoobronie. To także umiejętność wybaczania i uśmiechania się do kogoś, komu jeszcze sekundę wcześniej chciało się strzelić w zęby.

KP: W Szczecinie, do którego przyjeżdżasz na premierę poprowadzisz też warsztaty pisania kreatywnego. Jak wyglądają takie zajęcia z „otwierania wyobraźni”? Myślisz, że każdy ma w sobie potencjał do tego, żeby pisać?

MP: Nie da się uczyć pisania. Można opowiadać o metodach, sposobach, trikach i tendencjach, można proces pisania ubrać w zasady i podpunkty, ale ponieważ nie ma jednej uniwersalnej metody, przez którą każdy byłby Mrożkiem, nie ma sensu przyswajać tej wiedzy. To nie matematyka, gdzie A plus B zawsze daje C. Dlatego zawsze na warsztatach podkreślam, że nie pisania będę uczyć. Swoją metodę nazwałabym intuicyjną i to na intuicji opieram wszelkie warsztatowe działania. Bo umysł kreatywny, taki, w którym może zrodzić się pomysł, bohater, cała sztuka, to umysł otwarty i odważny. Żeby w ogóle zacząć pisać, więcej – żeby chcieć pisać, trzeba naprawdę ufać sobie. Nie bać się szalonych rozwiązań, dziwnych skojarzeń, dalekich wyskoków wyobraźni, nie bać się kopania głęboko i boleśnie w sobie, tak samo jak szalonego wystrzelenia myśli w kosmos. Wychodzę z założenia, że na proces twórczy składa się wszystko. Rozum, dusza, sen, wspomnienie, logika, dzieciństwo, strach, podsłuchany sąsiad, ulotka z pralni, ogórek kiszony, smutny film i nudna książka. Na warsztatach staram się ludzi uczyć właśnie takiej otwartości, pisarskiego rozpasania. Oczywiście kolejnym etapem jest ściąganie cugli i czyszczenie tego, co powstało, ale do tego kroku każdy powinien dojść sam, metodą prób, błędów i obserwacji. A czy każdy ma w sobie potencjał, by pisać? Na pewno nie, ale warto jednak to sprawdzić. Wielu młodych ludzi nawet nie próbuje, nie wierzy w siebie, wydaje im się też, że pisanie jest męczące, nudne i czasochłonne. No… oczywiście bywa i takie, ale można się też przy nim doskonale bawić, lepiej poznać siebie i mieć nieporównywalną z niczym satysfakcję za cenę kartki i długopisu.

KP: Rozmawiamy jeszcze przed zobaczeniem spektaklu w Szczecinie. Czego jesteś ciekawa w tej realizacji scenicznej?

Najbardziej tego, czy postaci dramatu wystąpią w eleganckich strojach i kapciach. W końcu tak wygląda wigilijny outfit w każdym domu! Ciekawi mnie też, jak zostanie pokazana postać psa. Jestem przecież mocno związana z teatrami lalkowymi i mam w głowie szereg form pasujących do tej postaci. Jednak teatr dramatyczny zwykle idzie własną drogą – ciekawe, jak poradzi sobie tym razem.