Daj mi ostatnią niedzielę, a potem niech wali się świat [recenzja]

"Dobry wieczór Fogg", na zdjęciu: Maciej Litkowski, Iwona Kowalska, Grażyna Madej, Wiesław Orłowski, fot. B. Sowa

„Dobry wieczór Fogg”, na zdjęciu: Maciej Litkowski, Iwona Kowalska, Grażyna Madej, Wiesław Orłowski, fot. B. Sowa

Wydaje się, że aktorowi Teatru Współczesnego w Szczecinie, Arkadiuszowi Buszko, przypadło do gustu zajmowanie się muzycznymi przedsięwzięciami mającymi związek z teatrem. Co więcej – czyni to po mistrzowsku! O spektaklu „Dobry wieczór Fogg” pisze Kamil Dymerski.

Fogg wiecznie żywy

Twórczość Mieczysława Fogga może już nieco zapomniana, z racji okresu swojej działalności, zostaje wyciągnięta z czeluści ciemnej piwnicy poniemieckiego domu i wytarta z kurzu. Na nowo rozlega się na deskach Teatru Małego wybrzmiewając z ust naszych aktorów, chciałoby się powiedzieć w tę ostatnią niedzielę, a potem niech wali się świat…I to prawie dosłownie, abstrahując od metafory w tym stwierdzeniu zawartej, bowiem głos wydobywający się ze scenicznego radia jest głosem samego śpiewaka, chcącego przybliżyć widzom swoje życie w formie muzycznej biografii.

Jak to w życiu bywa, jest czas na przeżycia wesołe i lekkie, lecz także ciężkie i depresyjne. Taki jest też repertuar utworów odgrywanych podczas przedstawienia. Jest zatem i melancholijna „Ostatnia niedziela”, jak i bardzo lekkie i zabawne piosenki: „Gwiżdżę na wszystko” w pełnym ekspresji wykonaniu Iwony Kowalskiej czy „Czerwony kapturek”. Przezabawna rola pijaka odgrywana przez gościnnie występującego na deskach TW Wiesława Orłowskiego śpiewającego „Pamiętam twoje oczy” wywoływała salwę śmiechu na widowni. Entuzjazm wzbudziło także wspólne wykonanie przez wszystkich czterech aktorów utworu „Cztery nogi”.

Klimatyczna scenografia

Scenografia Teatru Małego jest zwykłe dość skromna. Tym razem mieszanka bieli i czerni strojów oraz rekwizytów doskonale nawiązywała się do czasów, kiedy nie znano jeszcze kolorowej telewizji. Wyróżniającym się elementem było jasnobrązowe radio, z którego „przemawiał” co jakiś czas sam śpiewak (bywalcy teatru mogli w nim rozpoznać głos Mariana Dworakowskiego). Czarno-białe spirale na krzesłach i ścianach miały zapewne za zadanie pomóc widzowi przenieść się w czasy, o których była mowa, gdy ten wpatrywał się w wirujące kolory hipnotyzujące jego wzrok.

Wokalne umiejętności aktorów

W spektaklu stricte muzycznym śpiewanie to ważna umiejętność, jeśli połączymy ją z warsztatem aktorskim wychodzi z tego naprawdę przyjemne do oglądania dzieło. Tak było tym razem. Tubalny głos Wiesława Orłowskiego sprawdzał się najlepiej w wesołych i żywych utworach, donośnemu Iwony Kowalskiej towarzyszyła rozbawiająca widzów mimika twarzy, wyważony głos Grażyny Madej uspokajał, a ciepły – Macieja Litkowskiego, mistrza drobnych gestów i mimiki, na nowo pobudzał.

Ale o co właściwie chodzi?

Biografia Mieczysława Fogga, która przewija się jako narracja w spektaklu jest „wypadkową” dla dalszych wydarzeń w przedstawieniu. Wydarzeniami tymi są piosenki, w różnych, często przezabawnych aranżacjach. Cała akcja toczy się podczas wykonywania każdej z osobna. Aktorzy po kolei, a czasem wszyscy naraz zapoznają widzów z nową historią, dodając oprócz umiejętności wokalnych, aktorstwo. Spektakl na pewno znajdzie uznanie u osób lubiących muzyczne propozycje teatru podane w sposób lekki i zabawny, z wielkim kunsztem, bez konieczności szukania „podwójnego dna”.

15541913_1182637715156767_7916939227596410015_n

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”

Autor: Kamil Dymerski