Czuję się świetnie, a moim lekarzem jest Doktor Oetker [RECENZJA]

Maria Dąbrowska i Barbara Lewndowska w spektaklu "moja mama leczy się u doktora oetkera", fot. P. Nykowski

Maria Dąbrowska i Barbara Lewndowska w spektaklu „moja mama leczy się u doktora oetkera”, fot. P. Nykowski

„Oglądając spektakl, czasami sam zaczynałem czuć się jak wariat, włączałem się podświadomie w dziwną, z gruntu tragiczną, ale też pociągają grę w chorego” – o spektaklu „moja mama leczy się u doktora oetkera” pisze Dominik Smaruj.

Tekturowe ściany samotności

Przyjrzyjmy się na chwilę umysłowi człowieka chorego. Żywe kolory, tekturowe ściany, samotność, obrazy z przeszłości, znane dźwięki i słowa, lęki i niepokoje. Czy niektóre z nich nie wydają Ci się znajome? Choroba, na którą choruje nasz pacjent to nie byle jaka choroba. To choroba na pierwszy rzut oka niewidoczna, jakże wyniszczająca i zbierająca coraz większe żniwo wśród obywateli XXI wieku. Chodzi oczywiście o depresję.

Słowo to niejednemu jeży włos na głowie, niezależnie, czy przez 30 lat pracował na frezarce, czy jest komputerowym geniuszem, który wynalazł komputerowy kursor. Niebezpieczeństwo utracenia radości z życia i kompletnego pogubienia się w coraz bardziej i bardziej przyśpieszającym, a przy tym niezrozumiałym dla wielu świecie czyha na każdego.
Bohater spektaklu, starszy człowiek w typie everymana (w tej roli Robert Gondek), stara się bronić różnymi sposobami przed współczesnością i nękającą go chorobą psychiczną. Na przykład ucieka pamięcią do lat minionych. Wspomina jak „za komuny było lepiej”:„Wszystko było dobre. Państwowe i dobre”. Człowiek wiedział co ma robić, jak się zachować, był młody i sprytny. Teraz niczym Adasiowi Miauczyńskiemu zostaje mu jedynie gorycz i rozczarowanie teraźniejszością oraz mizoginia i agresja wobec społeczeństwa.

Wraz z bohaterem obserwujemy, jak kapitalizm wespół z biznesem i korporacjami wtargnął do naszych domów. Na jego cześć, a właściwie trójki postaci, urządzone zostało przyjęcie urodzinowe przygotowane specjalnie według reportów z firmy. Trzech łysych facetów siedzących przy stole nawet nie stara się udawać, że dobrze się bawią. Po podłodze walają się kolorowe balony, na stole obściskują się i całują młodzi ludzie (dwójka mężczyzn i kobieta), którzy później starają się przelać swoje uczucia na solenizantów, a z boku roześmiana kobieta śpiewa do mikrofonu zamierzchłe szlagiery (przyciągająca uwagę Maria Dąbrowska). Podejmowane są nawet próby tańca w parach. Starania o dobrą zabawę mieszają się z napiętą atmosferą pomiędzy panami, którzy pałają do siebie nie wiedzieć do końca dlaczego nienawiścią. W końcu odpowiadają jednogłośnie krzykiem: „Co on tu robi? Nie lubię go! Chcę zostać sam”.

Ja brnę, ty brniesz, czyli język i przestrzeń

Bohater na początku spektaklu wspomina, że lubi koniugację. Jest ona dla niego kolejną odskocznią od nieznośnej rzeczywistości. Do jego sztywnej struktury dającej poczucie bezpieczeństwa wkradają się jednak nieproszeni [językowi] goście. Z neutralnego „Ja koniuguję. Ty koniugujesz. On koniuguje…” zdanie przechodzi w „Ja wojuję, ty wojujesz…” odnosząc się do XX w., wojny i czasów powojennych. W późniejszej części spektaklu w scenie zbiorowej dochodzi do koniugacji wyrazistych słów oddających emocje i stan psychiczny zarówno bohatera, jak i mogącego odnosić się do całego społeczeństwa polskiego, np.: drżę, czczę, wrę, brnę, trę.

Bardzo estetyczna, niezwykle metaforyczna, a do tego maksymalnie wykorzystana została makieta kartonowego, jednorodzinnego domku w rzeczywistej skali. Dzięki aktorom dom kręcił się dookoła własnej osi lub był przewracany na bok, a jego podstawa stawała się zaraz pustą, surową ścianą po której bezskutecznie niczym Syzyf próbowali się wdrapywać aktorzy. Jego ściana mogła zostać otwarta i ujawnić, co rozgrywa się w jego wnętrzu lub na koniec zostać rozłożona na wszystkie cztery strony, tworząc całkowicie otwartą przestrzeń. Malowniczo wraz z kartonową konstrukcją grało padające z najróżniejszych kątów światło. Nie sposób zapomnieć o mniejszych kartonowych domkach noszonych w niektórych momentach spektaklu na głowach przez postacie. W pewnym momencie statyczny obrazek, gdzie przy postawionym na boku domu jedna z osób stała ze zwieszoną głową ze swoim mniejszym domkiem na głowie, przywołał mi na myśl teledysk do piosenki Leonarda Coena „In my secret life”. Bo o tym też rzeczywiście jest spektakl – o tym co znajduje się we wnętrzu głowy chorej osoby i jakie procesy wewnątrz niej zachodzą. A właściwie w głowie współczesnego, ukrytego w czterech ścianach, zapomnianego przez społeczeństwo i XXI wiek szaleńca chorego na depresję i inne możliwe choroby cywilizacyjne, żyjącego w pustce emocjonalnej, obawie przed śmiercią i własną bezradnością.

Jak to działa na widza?

Dość prosta metafora kartonowego domu, [odczytana przeze mnie] jako wnętrze umysłu i chwiejne poczucie stabilności [wyznawanych przez lata wartości]i bezpieczeństwa współgrała z połamanym scenariuszem Pilgrima/Majewskiego i abstrakcyjnymi zachowaniami postaci na scenie. Cały spektakl przepełniony jest elementami wprowadzającymi widza w stan otępienia, poczucia błędu i powątpiewalnej prawdziwości zdarzeń rozgrywających się na scenie. Widz obserwował samotnego bohatera koniugującego na froncie sceny, a za nim kręcący się powoli dookoła dom, a człowiek z którym właśnie rozmawiał po skończonej konwersacji zaczyna chodzić do tyłu. W scenie zbiorowej koniugacji, gdy wszyscy stoją na baczność na przedzie sceny, ta sama postać w jednym momencie w usystematyzowany, teatralny sposób pada na ziemię (niezwykły Arkadiusz Buszko), a chwilę po niej młody chłopak rozbiega się i wpada z impetem na ścianę domu, po czym wraca do szeregu (Wojciech Sandach). Sytuacja powtarza się kilkukrotnie. Język używany przez aktorów jest przy tym równie poszatkowany i irracjonalny co większość ich zachowań.

Czasami sam zaczynałem czuć się od tego wszystkiego jak wariat, włączałem się podświadomie w ich dziwną, z gruntu tragiczną, ale też pociągają grę w chorego. Niekiedy przedstawiane sytuacje przypominały mi stany umysłowe odczuwane w życiu, kiedy przytłoczony nadmierną „normalnością” lub paradoksem sytuacji czułem, że w moim umyśle pojawia się jakiś błąd i niezgoda na tą rzeczywistość i tak jak jeden z bohaterów miałem ochotę podnieść stół i zacząć wyklinać na wszystkich dookoła. Jednak obserwowanie tych wszystkich wyłamań („błędów w Matriksie”) sprawiało mi przyjemność, jako formy oglądanego teatru, pozostawiając spore pole do własnej interpretacji i myśli związanych z działaniami na scenie.

"moja mama leczy się u doktora oetkera",

„moja mama leczy się u doktora oetkera”, Maria Dąbrowska, Wojciech Sandach, Barbara Lewandowska, Michał Lewndowski, Arkadiusz Buszko, fot. P. Nykowski

Czy będzie happy end?

W spektaklu nie tylko ukazane są objawy depresji, ale podejmowane są też próby jej zdiagnozowania. „Czy depresja jest karą za niepamiętanie?” – pyta jeden z aktorów. Oprócz szukania przyczyn jej powstawania padają też pytania o pojęcie „normalności”. Bo czymże ona jest współcześnie? Aktorzy przekrzykują się w pewnym momencie w opiniach znanych nam z codzienności: „Kto normalny nie pije wódeczki? Kto normalny nie je mięsa?” Czy wartości moralne kościoła oraz znane nam normy, a z nią potocznie znane pojęcie „normalności” nie są zaledwie w kółko powtarzanymi społecznymi konstruktami?

Główny bohater wspomina w pewnym momencie przy okazji, że jego mama leczyła się u Doktora Oetkera, więc i on się u niego leczy, wskazując na sztafetę chorób przechodzących z matki na syna. Czy depresja jest zatem dziedziczna? Pojawia się również dwukrotnie motyw z zaburzonymi relacjami między ojcem, a dzieckiem. Sceny bardzo mocne emocjonalnie, w które wchodziłem jednak z lekkim dystansem. Stanowiły one rozwinięcie wątku sztucznych emocji i relacji międzyludzkich, a także dominacji egoizmu nad drugim człowiekiem, które doprowadzają np. dziecko do błagania rodzica o jego uznanie i miłość.

Chyba jedyną rzeczą z którą mogłem mieć problem była wyczuwalna trudność z jaką niektórym aktorom przychodziły dramatyczne sceny, w tym autentyczny żal i lament, ale sam, jako samozwańczy aktor mam z tym duży problem, więc się nie czepiam. I nie wierzyłem lub też nie mogłem jakoś uwierzyć w prawdziwość ostatniej sceny, w której po fali drgań, lęków i zaburzeń główny bohater nagle stwierdza, że „Nie ma chorób – są słabości, które trzeba wziąć na twarz”, po czym doznaje cudownego olśnienia i rozpoczyna koniugację słowa „chcę”. Odkrywa też drugie ważne słowo niezbędne przy osobistej przemianie, czyli „przepraszam”. Siada pośrodku domu z rozłożonymi na ziemi ścianami, pośród innych postaci, które stają się nagle jego przyjaciółmi, a wszyscy radośnie przepraszają się nawzajem [za wcześniejsze zachowanie], po czym zaczynają wesoło koniugować i z uśmiechem na ustach i radością w sercach recytują: „Ja jem jajeczniczkę, ty jesz jajeczniczkę…”.

Podczas obrony pracy dyplomowej nomen omen dotyczącej Dnia świra Koterskiego zostałem zapytany o to, czy Miauczyński przechodzi przemianę. Odpowiedziałem bez wahania, że we Wszyscy jesteśmy Chrystusami przecież na końcu filmu bohater postanawia się zmienić (i symbolicznie niesie krzyż razem z synem). „Ale co z tego, że on sobie postanowił. Ile to już razy ten bohater postanawiał, że się zmieni, ale tylko mówił o tej zmianie, nigdy do niej faktycznie nie doprowadzając?” Siedziałem chwilę osłupiały analizując słowa profesor. Rzeczywiście, do prawdziwej, namacalnej zmiany w życiu bohatera nigdy nie dochodzi! Więc podtrzymywany tą wątpliwością miałem problem z uwierzeniem w ten prosty happy end. A być może o to właśnie chodziło? Że zwycięstwo nie jest dane raz na zawsze, a klęska nigdy nie jest ostateczna? Więc pozostaje nam nie dać się depresji? A może wystarczy zapytać Doktora Oetkera, by przepisał jakiś smaczny i zdrowy kisiel na życiową handrę? Albo pójść do najbliższego spożywczaka po APAP, który uśmierzy nasze wszystkie bóle i dolegliwości?

dominik_smaruj

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”

Autor: Dominik Smaruj