Czterdzieści lat na scenie! Już wkrótce jubileuszowe „Arcydzieło”

Już tylko pięć dni dzieli nas od najnowszej (i pierwszej w tym sezonie!) premiery. Tym razem spotkamy się w Teatrze Małym, by spektaklem „Arcydzieło na śmietniku” w reżyserii Tomasza Obary, uczcić jubileusz czterdziestolecia pracy artystycznej Anny Januszewskiej i Grzegorza Młudzika. Premiera w najbliższą sobotę, 7 października o godzinie 19:00 w Teatrze Małym (Deptak Bogusława X 6), a dziś prezentujemy fragmenty wywiadów, których aktorzy udzielili Katarzynie Knyszyńskiej specjalnie na tę okazję.

 

Jacek Piątkowski, Anna Januszewska i Grzegorz Młudzik, próba do spektaklu "Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie", reż. A. Januszewska, fot. N. Młudzik

Jacek Piątkowski, Anna Januszewska i Grzegorz Młudzik, próba do spektaklu „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”, reż. A. Januszewska, fot. N. Młudzik

 

Katarzyna Knyszyńska: „Arcydzieło na śmietniku” to nie pierwsze Państwa- Pani wraz z mężem, aktorem Grzegorzem Młudzikiem – spotkanie z reżyserem Tomaszem Obarą. Realizowaliście już wspólnie spektakle ,,Paragraf 22”, ,,Śmierć i dziewczyna”, ,,Tajemniczy ogród”, ,,Oskar i Ruth”, czy ,,Dziś wieczór arszenik, czyli komedia z kawą”. Z pewnością którąś rolę w realizowanych przez Tomasza Obarę spektaklach pamięta Pani najsilniej i czuje się z nią szczególnie związana. Jeśli tak, to z którą i dlaczego?

Anna Januszewska: W ,,Paragrafie” grałam doktor Gray, która w pewnym momencie wiła się w   erotycznym amoku na obrotowym stołku. Tomkowi bardzo zależało bym odchylała głowę do  tyłu i potrząsała włosami. Tak robiłam, ale któregoś dnia miałam wypadek samochodowy, w którym moja szyja uległa uszkodzeniu. Od tamtej pory, za każdym razem, gdy dochodziło do tej  sceny, włączał mi się w głowie komentarz: Ale sztywniaczka ze mnie! (śmiech). Pani Medlock z  ,,Tajemniczego ogrodu” to moja ulubiona postać, nawet kota nazwałam jej imieniem. Byłam  wyposażona w ogromny biust, okropną  fryzurę i pęk kluczy, którymi potrząsałam, budząc  grozę. Scena, w  której przewracałam się z wrażenia, po odstawieniu zwariowanych piruetów i  idiotycznych dźwięków zawsze wzbudzała entuzjazm widowni. Ich dzika satysfakcja z mojego  upadku była rozkoszą. Podczas ,,Śmierci i dziewczyny” wydarzyła się historia przezabawna. Graliśmy to przedstawienie w Malarni, gdzie do sceny dochodzi się z  korytarza, którym i aktor, i   widz idzie na widownię. Zaczyna się przedstawienie, ja siedzę zamyślona w wiklinowym fotelu.  Za oknem mrok, skrzeczą ptaki, błyska światło latarni morskiej. Nagle z korytarza dochodzą  głosy kolegów, partnerów ze sztuki, grają, są w  akcji. Niespodziewanie jeden z widzów zrywa  się z miejsca, biegnie do nich i  takim głośnym szeptem: „Panowie,ciszej! Ania już gra!”. To był  człowiek teatru, znany nam wszystkim… Jako Ruth w spektaklu ,,Oskar i Ruth” musiałam w jednej chwili  zagrać „wojsko  posrane  w  gacie”, nie mając ani słówka do powiedzenia! To była jazda! Fajnie nam się grało, do dziś mamy kilka ulubionych cytatów z tej sztuki, bawimy się nimi. Równie  dobrze bawiliśmy się grając kryminał ,,Dziś wieczór arszenik”. Jako morderczyni odczuwałam  dziwny dreszcz emocji, dybiąc na życie męża (śmiech). Ale nie to jest najważniejsze. Pewnego razu zagraliśmy tę sztukę, by spełnić marzenie prawie stuletniej ciotki Hanki. Po prostu spakowaliśmy kostiumy, rekwizyty i przywieźliśmy teatr do jej domu, bo tylko tak mogła zobaczyć jak występujemy. Siedziała sama na kanapie, a my graliśmy dla niej. To było wielkie przeżycie dla wszystkich. Zdążyliśmy, jaka ulga!

 

K.K: A jak się współpracuje z Tomaszem Obarą?

A.J: Tomek należy do bardzo wymagających reżyserów. Jest świetnie przygotowany do pracy, wie czego chce. Jest też aktorem, więc mnóstwo rzeczy przepuszcza przez siebie. To czyni jego  realizacje spójnymi, mającymi w sobie jego nerw. Te spektakle, które robimy tylko we troje (ja, mój mąż Grzegorz Młudzik i Tomek) są dodatkowo zaprawione naszym wzajemnym  rozpoznaniem. Wiemy o sobie dużo. Mamy wspólny front.

 

K.K: Spektakl ,,Arcydzieło na śmietniku” to Wasza najnowsza produkcja. Gra w nim Pani rolę ekscentrycznej barmanki, Maude Gutman, która kupuje na wyprzedaży garażowej obraz. Okazuje się, że najprawdopodobniej zupełnym przypadkiem stała się posiadaczką dzieła sztuki wartego miliony dolarów. Tak naprawdę obraz wydaje się być dla niej ostatnią deską ratunku, ocaleniem przed samotnością. Czy wyzwaniem była dla Pani ta rola?

A.J: Cieszę się, że to ja gram Maude. Kilka razy w życiu tak mi się uśmiechało do roli jak teraz.  Przeczuwam przygodę oraz poszukiwanie. Mam przy sobie męża, więc przyjemność się podwaja, a wyczulenie na siebie eliminuje pomyłki. Wyzwaniem jest danie z siebie wszystkiego, na co jestem przygotowana. Jeśli chodzi o obraz, to właśnie tu tkwi cała złożoność, bo jedna sprawa to  walka o uznanie jego autentyczności i cała sekwencja o tym, kto ma decydować co jest dziełem  sztuki. Druga kwestia, dla mnie osobiście ważniejsza, że obraz będąc już w posiadaniu Maude stał się piękny, choć wybrała go spośród innych właśnie z powodu brzydoty. To miał być dowcip. Jak to bywa w życiu, nagle następuje zwrot i wszystko staje się inne. Tutaj też tak się dzieje. Energia obrazu, jego treść staje się jasna i podobna do kogoś, kto był tak samo pełen gniewu i bólu, a zarazem był najważniejszy w jej życiu. Obraz jest podobny do osoby, której jej zabrakło.

[…]

 

Anna Januszewska w "Pięknym widoku" w reż. Bogdana Cioska, fot. B. Sowa

Anna Januszewska w „Pięknym widoku” w reż. Bogdana Cioska, fot. B. Sowa

 

K.K: Widzowie mieli okazję zobaczyć Panią w wielu przedstawieniach realizowanych przez Annę Augustynowicz, m.in. ,,Akropolis”, ,,Burza”, czy ,,Getsemani”. Dyrektor artystyczna Teatru nie ukrywa, że jest Pani jedną z jej ulubionych aktorek. Proszę powiedzieć jak się Paniom wspólnie pracuje?

A.J: Bardzo dobrze! Uwielbiam uporządkowanie na scenie, rytm, wyśrubowanie intelektualne, a  jednocześnie prostotę. Dla mnie stanowi to doskonały teren do działania, dobrze się czuję w   nazwanym i przeznaczonym dla mnie miejscu. Ania je zabezpiecza, a ja rozwijam skrzydła i  nabieram siły. Z tej współpracy powstało wiele kreacji, które były możliwe tylko dzięki sumie  naszych energii. Od pomysłu na mnie w danej roli, np. ja jako mężczyzna, do końcowego efektu,  który zawsze wynikał z „urobienia”. Nie stosujemy szablonów, wszystkie role z wymienionych  sztuk są, jak to Ania mówi „mojowate”. Lubię też, gdy Pani dyrektor wizytuje kolejne  przedstawienia i nanosi poprawki. Zawsze jest jeszcze lepiej i to jest fascynujące!

 

K.K: Kreuje Pani ważne role w najnowszej historii polskiego teatru, ma Pani na swoim koncie wiele nagród teatralnych (ostatnio między innymi Grand Prix za spektakl ,,Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”, otrzymaną podczas XVIII Przeglądu Małych Form Teatralnych w Łodzi ,,Letnia scena 2016”), jest Pani nie tylko aktorką, ale także reżyserką, autorką scenografii i kostiumów. Domyślam się, że nie wyobraża sobie Pani życia bez teatru. Myśli Pani czasem o tym jak potoczyłoby się Pani życie zawodowe, gdyby nie wybrała Pani aktorstwa?

A.J:  Nagrody ustawiają nas jakoś w rankingu, są takim zaświadczeniem jakości, które się liczy i załatwia „święty spokój”. Jestem już skomponowana i nie wyobrażam sobie siebie inaczej. Moje zdolności plastyczne od dzieciństwa podziwiane w rodzinie i szkole, prorokowały  przyszłość związaną z tym kierunkiem. Decyzją o teatrze zaskoczyłam, ale nie wszystkich  podobno. W każdym razie podziwiam się za odwagę. Dziś na pytanie, czy myślę jak  potoczyłoby się moje życie, gdybym nie była aktorką, odpowiem, że inne życie nie byłoby już moje, bo wszystkie kawałki do siebie pasują. Inna kombinacja nie jest możliwa, bo co by było,  gdybym nie zdawała do Filmówki?
[….]

 

Anna Januszewska i Wojciech Brzeziński w spektaklu "Oskar i pani Róża", fot. M. Biczyk

Anna Januszewska i Wojciech Brzeziński w spektaklu „Oskar i pani Róża”, fot. M. Biczyk

 

Piotrus_Pan_nef_2_0464

Anna Januszewska i Arkadiusz Buszko w spektaklu „Piotruś Pan”, reż. Ewelina Marciniak, fot. M. Hueckel

 

Katarzyna Knyszyńska: Z reżyserem Tomaszem Obarą spotkaliście się Państwo, wspólnie wraz z żoną, Anną Januszewską już w roku 1994 przy okazji pracy nad spektaklem ,,Paragraf 22”, później także wspólnie realizując przedstawienia ,,Śmierć i dziewczyna”, ,,Tajemniczy ogród”, ,,Oskar i Ruth”, czy ,,Dziś wieczór arszenik, czyli komedia z kawą”. Czy jest wśród nich rola, którą wspomina Pan ze szczególnym sentymentem? Jeśli tak, to dlaczego?

Grzegorz Młudzik: Spektaklem, który szczególnie utkwił mi w pamięci jest ,,Oskar i Ruth”, ponieważ to była rola dająca aktorowi duże możliwości. Wykreowanie tej postaci kosztowało dużo wysiłku, ale tak to już bywa w zawodzie aktora. Praca nad tym spektaklem była ciężka, lecz przyniosła zadowalający efekt, przynajmniej tak mi się wydaje. Najważniejsze aby publiczność była zadowolona.

 

K.K: Myślę, że to powinno iść w dwie strony, widz będzie zadowolony wtedy, kiedy aktor sam uzna swoją pracę za dobrą.

G.M: Tak, to prawda, lecz ja nigdy nie popadałem w samouwielbienie ani nie kochałem siebie samego z wzajemnością. Dla mnie zawsze najważniejsza była publiczność, a gdy była niezadowolona to winę brałem na siebie, nie szukając jej w odbiorcach.

 

K.K: Osobiście bałabym się publicznie wystawić ocenę spektaklowi przykładowo 4/10, ponieważ jest to krzywdzące dla całego zespołu, który włożył pracę w przygotowanie przedstawienia.

G.M: Zgadza się, zresztą o tym jest nasza najnowsza sztuka ,,Arcydzieło na śmietniku”. Zadaje ona pytanie, kto ma właściwie prawo oceniać? Każdy ocenia według swojego gustu i kryteriów, co też dotyczy przeróżnych nagród. Często jest tak, że nagrody otrzymują osoby, które nie były zauważone przez resztę odbiorców i następuje zdziwienie. To samo dotyczy spektakli, jednemu się spodoba, a drugiemu wręcz przeciwnie i jest to ryzykiem wpisanym w naszą pracę.

Rolę Makbeta gra Grzegorz Młudzik, fot. B. Sowa

Rolę Makbeta gra Grzegorz Młudzik, fot. B. Sowa

 

K.K: Pana ostatnia rola Ojca w spektaklu ,,Ślub” w reżyserii Anny Augustynowicz (nagrodzona zresztą nagrodą aktorską podczas II edycji Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieci Literatury Polskiej ,,Klasyka Żywa”) wydaje się jakby dla Pana stworzona – czy łatwo było ją kreować? Czy pomocne okazały się wcześniejsze doświadczenia aktorskie?

G.M: To była trudna, duża rola i ja sobie nawet tego nie uświadamiałem wcześniej, ale po premierze jak zbierałem podziękowania to podeszła reżyserka Ania Augustynowicz i powiedziała: ,,Ty lubisz takie role”.

 

K.K: To widać! Język jakim Pan operuje brzmi bardzo naturalnie.

G.M: Dziękuję. Wtedy uświadomiłem sobie, że rzeczywiście, lubię takie role, co oczywiście nie oznacza, że przychodzą mi na zawołanie, czy pstryknięcie palca. Wcześniej też zagrałem rolę Ojca w spektaklu ,,Moja wątroba jest bez sensu albo zagłada ludu” oraz Jamesa Hennessey’a w ,,Greta Garbo przyjechała” – obydwa spektakle reżyserowała Anna Augustynowicz. Były to przedstawienia, w których charakter mojej roli był podobny i widocznie tak wyglądam, że nie muszę się wysilać aby role się do mnie przykleiły (śmiech). Dobrze się czuję w takich obsadach, a gdy widzę ,,Ślub” w repertuarze, myślę: ,,Fajnie będzie to grać, fajnie, że znowu to będzie”.

[…]

 

Grzegorz Młudzik w spektaklu "Ślub" w reż. Anny Augustynowicz, fot. P. Nykowski

Grzegorz Młudzik w spektaklu „Ślub” w reż. Anny Augustynowicz, fot. P. Nykowski

 

Grzegorz Młudzik i Maciej Litkowskiw spektaklu "Jak umierają słonie", fot. P. Nykowski

Grzegorz Młudzik i Maciej Litkowski w spektaklu „Jak umierają słonie”, fot. P. Nykowski

 

K.K:  Ostatnio miałam okazję obejrzeć film ,,W spirali” w reżyserii Konrada Aksinowicza, w którym zagrał Pan epizodyczną rolę Witka. Jest Pan absolwentem Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, ma Pan na swoim koncie również filmowe role (np. w filmie ,,Wszystkie małe kłamstwa Anny”), ale i epizody w serialach, m.in ,,Układ Warszawski” ,,Prawo Agaty”, ,,Na dobre i na złe”. Można pana zobaczyć także w teledyskach szczecińskiego duetu hiphopowego Łona i Webber (,,Wyślij sobie pocztówkę” oraz ,,Błąd”), ale i usłyszeć jako lektora (,,Pan Tadeusz”, ,,Przedwiośnie”, czy ,,Quo Vadis”). Jak odnajduje się Pan w tak różnorodnych produkcjach?

G.M: Z Konradem Aksinowiczem miałem okazję pracować już kilka razy przy produkcjach kina niezależnego i oceniam dobrze naszą współpracę. Czasami zdolni, młodzi artyści nie mają budżetu na wielkoformatowe filmy, co mi nie przeszkadza. Nie mam tendencji do publicznego prezentowania siebie, czy zaistnienia. Wszystko jest fajne, kiedy jest przyjazna i miła atmosfera. Uważam, że należy wszystkiego spróbować. Swego czasu dostałem SMS-a od Łony z propozycją współpracy, nie miałem pojęcia kim jest i jaką muzykę tworzy, więc byłem zaskoczony i uznałem to za pomyłkę. Potem przyszła druga wiadomość i zacząłem słuchać o czym on śpiewa. Nie słucham tego typu muzyki, bo nie lubię rapu wulgarnego z ulicy, natomiast uważam, że rap inteligencki, który tworzy Łona i Webber jest świetny. Spodobała mi się wizja współpracy i nie myliłem się. Kręcenie teledysków odbywa się u nich na najwyższym poziomie, wszystko na czas, robią to po prostu zawodowo. Jestem aktorem i trudnię się różnymi pracami w obszarze mojego zawodu, starając się nie odmawiać propozycji innych twórców.

K.K: Jest Pan absolwentem szkoły nie tylko aktorskiej, ale i filmowej. Czy idąc na studia wiedział Pan, że praca na scena będzie Pana głównym zajęciem, czy widział się Pan przed obiektywem kamery?

G.M: Na studiach graliśmy w etiudach, byłem obyty z kamerą i mikrofonem, natomiast wiedziałem i chciałem być aktorem na deskach teatru. Nie miałem parcia na grzanie ławy w Warszawie, lecz chciałem dostać się do teatru, w którym będą mnie chcieli i będę sobie grał. I Teatr Współczesny jest takim miejscem, gdzie się zagnieździłem i czuję się tu wyśmienicie (śmiech).
[….]

 

22197442_1527340197327774_1517278977_o

Wywiady można przeczytać w całości w programie do „Arcydzieła na śmietniku” (do kupienia przed spektaklem).

Premiera w sobotę, 7 października o 19:00, kolejne pokazy – 8, 19, 20, 21 i 22 października – również o 19:00. Zapraszamy do Teatru Małego!