Bycie wstrzemięźliwą jest czymś dziwnym [WYWIAD]

Inga Iwasiów (fot. Instytut Książki), Krystyna Maksymowicz (fot. P. Nykowski).

Krystyna Maksymowicz (fot. P. Nykowski), Inga Iwasiów (fot. archiwum Instytutu Książki)

Wywiad z Ingą Iwasiów, autorką tekstu do monodramu „Smaki i dotyki” oraz Krystyną Maksymowicz, aktorką. Spektakl będzie prezentowany 24 października w Instytucie Teatralnym w Warszawie.

Kamila Paradowska: Ingo, dzięki „Smakom i dotykom” zadebiutowałaś, jako autorka tekstu dla teatru. Jakie to uczucie?

Inga Iwasiów: Odczuwanie tekstu, który jest znajomy, a zarazem robi się kompletnie inny, było pierwszym takim doświadczeniem w moim życiu. To zupełnie inny rodzaj emocji, niż wówczas, kiedy na przykład publikuje się książkę, ma spotkania autorskie. Tutaj już nic ode mnie nie zależy, wszystko się toczy obok, a jednocześnie wciąż jest jakoś moje…

K.P.: Czujesz się za to odpowiedzialna?

I.I.: Nie, to już nie jest w moich rękach, ale to, jak ludzie reagują jest bardzo ważne, bo może oznaczać akceptację lub brak akceptacji, nie tylko dla pracy teatralnej, ale też dla tego, co jest wpisane w tekst. Teraz czuję się… spełniona, o, to dobre słowo.

K.P.: A dla Ciebie Krystyno, ten monodram jest chyba także spełnieniem artystycznego marzenia, bo całe przedsięwzięcie jest Twoim pomysłem. Wybrałaś tekst, ale wybrałaś też reżysera?

Krystyna Maksymowicz: Dla mnie Stanisław Miedziewski jest mistrzem formy. Kilka lat temu grałam w Słupsku spektakl „Z… Beniowskiego” na festiwalu „Sam na scenie” i wtedy pierwszy raz zobaczyłam przedstawienia tego reżysera – „Teatralność” i „Diwę”. Bardzo mi się to podobało. Potem Jolanta Krawczykiewicz, dyrektorka ośrodka kultury w Słupsku przy jakimś pobycie w Szczecinie zaproponowała współpracę. Wtedy od razu pomyślałam o tekście Ingi Iwasiów, a potem to już było domino, po prostu się potoczyło. Jestem ogromnie szczęśliwa, że doszło do tej realizacji.

K.P.: Jestem ciekawa, czy, przystępując do tej pracy miałaś jakiś cel, misję nawet, bo przecież spektakl mówi o poważnym problemie społecznym, jakim jest alkoholizm, może być ostrzeżeniem, przestrogą…

K.M.: Na pewno daleka jestem od dydaktyzmu, czy pouczania kogokolwiek: „Nie pijmy, bądźmy szczęśliwi”. Alkoholizm jest problemem żywym, czymś, co nas dotyczy, ale tak naprawdę można też pójść nieco dalej w rozumieniu tego tekstu. Wszyscy jesteśmy uwikłani w jakieś uzależnienie – mniejsze, większe, uświadomione, bądź też nie. Jest w tym zawarty zatem jeszcze jeden problem – tego, na ile jesteśmy niezależni, co „rządzi” naszym życiem. Sama wciąż uczę się tego, abym to ja brała odpowiedzialność za moje życie, a nie było ono w rękach kogoś, czy czegoś innego.

K.P: Ingo, kiedy pisałaś tekst, który jest też autobiograficzny, miałaś jakiś konkretny cel: terapeutyczny, rozliczający się ze światem wokół Ciebie?

I.I.: Opowiadanie było pisane w takim momencie, kiedy zadziwienie tym, że niepicie może się stać problemem, było dla mnie bardzo aktualne. Okazało się, że jest to coś więcej niż problem towarzyski, jest to kwestia funkcjonowania społecznego. Można przecież nie pić podczas przyjęcia, ale jednocześnie traci się pewne nici: z niektórymi ludźmi nie da się rozmawiać, pewnych spraw nie da się załatwić. Napisałam tamten tekst trochę z przekory, teraz jestem już w zupełnie innym momencie biograficznym i już przestałam myśleć o „klinice reuzależnień” (śmiech).

K.P: Spotykasz się jednak z tekstem jeszcze raz… i?

piecdziesiatka-390

Najnowsza powieść Ingi Iwasiów „Pięćdziesiątka” kontynuuje wątki zawarte w „Smakach i dotykach”, wyd. Wielka Litera

I.I.: Poprawiając opowiadanie na scenę i do drugiego wydania „Smaków i dotyków” znów się wyczuliłam na ten temat. Teraz byłam w delegacji, gdzie w pokoju hotelowym była lodówka z przezroczystymi drzwiami, a za tymi drzwiami – dwanaście, bo policzyłam – „małpek” z wódką. I oprócz tego jeszcze wino, piwo i alkotest. W innym hotelu stały na biurku napoje izotoniczne na kaca. Tak jest właściwie wszędzie, świat faktycznie jest tak zorganizowany, jakby wszyscy musieli pić. Może dla człowieka, który nigdy nie miał problemu z alkoholem to nie jest ciekawe, po prostu, jakiś element scenografii rzeczywistości. Jednak ludziom, którzy próbują przestać pić, albo mają tę skłonność, świat bardzo podsuwa pokusy. To jest teraz bardzo łatwe – sięgnąć do lodówki, potem napić się napoju izotonicznego, zbadać poziom alkoholu, wsiąść do samochodu, wszystko jest takie oczywiste.

K. P.: W idei takiej lodówki mocno chodzi też o zarabianie pieniędzy, szukanie ludzkiej naiwności…

I.I: Jasne, ale jest w tym coś perwersyjnego – te przezroczyste drzwiczki, za którymi czają się buteleczki…

K.P: Macie wrażenie, że kultura picia zmieniła się w ostatnim czasie, że jest ona inna, niż na przykład dwadzieścia lat temu? Czy to po prostu zależy od środowiska, ludzi, z którymi się przebywa?

I.I: Myślę, że w środowisku artystycznym, artystyczno-naukowym to jest część rytuału. Piło się i pije nadal w określonych sytuacjach. Bycie alkoholikiem nie jest wstydliwe, może alkoholiczką to trochę trudniejsza sprawa, ale bycie alkoholikiem w środowisku literackim jest normą, nikt z tym nie ma problemu. Raczej czymś dziwnym jest bycie wstrzemięźliwą. Czy kultura picia się zmieniła? Pozornie. Myślę, że to jest tylko taka opowieść, że mamy lepsze trunki, że istnieje jakaś wyższa kultura, dobre wina… Uzależnienie to jest uzależnienie, wszystko jedno czym się upijamy, czy żołądkową gorzką, jak bohaterowie Pilcha, czy znakomitymi winami.

K.M: To zawsze było, jest i… będzie? Nie wiem. W trakcie pracy nad monodramem byłam na wykładzie prof. Jerzego Vetulaniego, który podawał statystyki dotyczące tego, jak obniża się moment alkoholowej inicjacji. Polska nie jest wcale „gorsza” od innych krajów Europy pod tym względem. Mówił też, że alkohol spełnia dużo dobrych funkcji – otwiera, rozluźnia… Nie chodzi zatem o całkowite negowanie alkoholu, a bardziej o to, dlaczego ludzie coraz bardziej uciekają od rzeczywistości.

K.P.: W rozmowach po spektaklu pojawił się jeszcze inny wątek, mianowicie „przemoc medyczna”. Cały spektakl oparty jest przecież na sytuacji spotkania pacjent-lekarz, zaczyna się też swoistym wspomnieniem relacji z lekarzami sięgającym dzieciństwa. Myśleliście z reżyserem o tym temacie?

K.M.: Tak, zresztą świadomie usunęliśmy fragment tekstu zaczynający się słowami „nie wierzę w medycynę”, bo wkradała się tutaj nadmierna publicystyka. Żyjemy w rzeczywistości, w której oczekiwania wobec służby zdrowia są ogromne. Mimo tego jednak ten wątek się przeniósł, ale też nie chcieliśmy tego eksponować wprost, nie chcieliśmy, żeby to było dominującym tematem.

I.I.: To, że ten wątek przedostał się do rozmów widzów pokazuje, co dziś ludzi porusza. Sprawa naszego niepokoju związanego z medycyną jest istotna.

K.P: Pojawiają się jeszcze jakieś inne głosy publiczności?

K.M.: Muszę przyznać, że bardzo dużo osób z teatru opowiadało o swoich wzruszeniach, to mnie bardzo zaskoczyło, nie zawsze się to zdarza po premierach. W Słupsku również, więc to się powtarza.

K.P.: Odbiór jest emocjonalny?

I.I.: Ja też miałam podobne głosy: wzruszenie, ścisk gardła, łzy w oczach – to są kategorie dzisiaj nie cenione w odbiorze sztuki. Często wstydzimy się ich, płakać można w kinie, sztukę teatralną mamy raczej odbierać intelektualnie, a nie się wzruszać, czy też szukać takiego miejsca w opowieści, z którym możemy się identyfikować. Przecież nie wszyscy, którzy oglądają „Smaki i dotyki” mają problem z uzależnieniem. Tu chodzi chyba też o tę temperaturę opowieści o sobie, mam nadzieję, że też trochę chodzi o tekst, bo monodram to zwykle tekst. Jest też chyba w ludziach głód słuchania właśnie takich opowieści: intymnych, pełnych emocji.

K.P.: Można powiedzieć, że ten spektakl jest też poza teatralnym mainstreamem – to nie jest teatr modny, który chce się podobać, to znana i oswojona konwencja teatralna, w której jest aktorka, krzesło, tekst…

K.M.: Podłoga….

K.P.: I w zasadzie to wszystko.

I.I.: Ale to się wtedy robi wywrotowe. Zobaczmy w jakim jesteśmy momencie, że to, co jest oswojone, przestało być oswojone i zaczyna działać. Może to oznacza, że istnieje potrzeba powrotu do podłogi, krzesła i aktorki…

K.P.: Ostatnie pytanie: dla kogo jest to przedstawienie?

K.M.: Dla wrażliwych, dobrych ludzi.

I.I.: Myślę, że to przedstawienie dla wielu osób, dla zaskakująco wielu. Można powiedzieć, że i dla tych, którzy mają problem i dla tych, którzy nie mają problemów, ale chcieliby się dowiedzieć, jak to jest z wrażliwością, jak to jest z „trudnym byciem ze sobą” we współczesności, która nie jest łatwa.

K.P.: Dziękuję za rozmowę.

Krystyna Maksymowicz w monodramie "Samki i dotyki", fot. P. Nykowski

Krystyna Maksymowicz w monodramie „Samki i dotyki”, fot. P. Nykowski