Berlin. Na gigancie [Kontrapunkt 2016]

Picture 6

To jest obraz zastępczy. Blog odmówił wrzucania nowych zdjęć.

Wyjazd do Berlina to ucieczka z domu – do świata pozornie najszczęśliwszego na świecie. Świata, w którym wszyscy siedzą swobodnie i tłumnie w kawiarniach, a ktoś inny na trawniku w środku miasta pali grilla. W teatrze jednak dają znak o sobie namiętności, wielkie i małe narracje, które tego świata dotykają. Naszego też. 

„Ci Niemcy nie mają wstydu…”

„Ci Niemcy nie mają wstydu” zwykła mawiać moja na mama na wieści o obyczajowych zwyczajach naszych zachodnich sąsiadów, co jest cytatem na wskroś życiowo użytecznym. Bo Niemcy, niemiecki teatr ma w sobie pewien rodzaj wolnomyślicielstwa i odwagi, która nie pozwala na cofanie się pod presją tego, co wypada lub nie. Zatem bez żadnych obaw występująca w teatrze Volksbuhne grupa Gob Squad nazywa swój spektakl „Wojna i pokój”, choć powieść Tołstoja jest tu jedynie obnoszona po scenie jako obiekt, cytowana, tudzież luźno streszczana przez jedną z aktorek. Przedstawienie to cały szereg działań niepostrzeżenie wchodzących w temat „wielkiej historycznej narracji” mających charakter dziecięcej, sztubackiej zabawy historią.

Oto spektakl zaczyna się niepostrzeżenie, kiedy aktorzy zapraszają kilkoro widzów do stołu ustawionego na brzegu sceny. Z robiących wrażenie prywatnych, kuluarowych rozmów co jakiś czas słyszymy strzępy wątpliwości i pytań dotyczących życia politycznego, ważnych postaci, a nawet dowcipy. Prowadzone mimochodem rozmowy, zręcznie animowane przez aktorów, mają swój kontrapunkt w postaci większych scenek (świadomie tak to nazywam), gdzie aktorzy bawią się np. w przebieranki za wielkie postaci historyczne. Nic tu nie jest serio, wszystko wydaje się być dowcipem grupki artystów. A jednak spektakl dotyka, buduje w widzu rodzaj bezradności wobec historii, mówi o naszej małości w świecie, w którym centrum stanowi gest podania rąk przez wielkich polityków, który w konsekwencji może oznaczać życie lub śmierć milionów ludzi. Zaproszenie skierowane do widzów, aby wyczuli własny puls przepływającej przez nadgarstek krwi nie pozostawia wątpliwości – to spektakl o moim i Twoim życiu.

…a Francuzi mają

W Schaubuhne, od lat uznawanym właściwie za ulubiony teatr widzów Kontrapunktu, mogliśmy zobaczyć niemiecką prapremierę najnowszej sztuki Yasminy Rezy „Bella Figura”. Mieszczańska, zgrabnie skomponowana, dobrze wyreżyserowana sztuka, w skrócie, jak to u Yasminy Rezy – pokazuje grupę ludzi w sytuacji krytycznej.

Piątka postaci spotyka się w jednym miejscu nieco przypadkowo, ale przy okazji wyjdzie, że łączy ich ze sobą sporo, a przy tym czegoś się o sobie dowiedzą. Jedna para to kochankowie, których dotyczy permanentny kryzys – choć w pierwszych słowach deklarują, że spotkali się na seks, w trakcie trwania sztuki dojdzie tylko wzajemnych pretensji, frustracji, a próba szybkiego zbliżenia okaże się nieudana. Druga para obarczona jest koniecznością świętowania urodzin teściowej, miotania się pomiędzy koniecznością dogodzenia „kochanej mamie” (syn) i wytrzymania z nią wieczoru (synowa). Subtelne powiązania i powody, dla których bohaterowie co i rusz wybuchają, skomentowane zostają wielką projekcją w tle ukazującą co jakiś czas inny rodzaj zwierząt (głównie jakiegoś robactwa). Eleganccy, bogaci mieszczanie, podobnie jak choćby w „Bogu mordu”, pokazani są więc ze swej zwierzęcej strony, gdzie rolę odgrywają instynkty.

Nie wszystko w tej sztuce było dla mnie zrozumiałe głównie przez robocze tłumaczenie nie do końca oddające literacki, pełen sens wypowiadanych słów. Trudno odnieść mi się więc do tytułowego pojęcia „bella figura”, czy puenty, która brzmiała po prostu „nie po polsku”, kalką przetłumaczona bądź z francuskiego, bądź z niemieckiego. Na pełny odbiór trzeba więc poczekać do momentu, kiedy sztuka trafi do Polski, a z pewnością tak się stanie. To naprawdę dobry, mieszczański teatr.

PS Przy okazji – po raz kolejny jestem absolutnie wdzięczna teatrowi Schaubuhne za sposób wyświetlania napisów dla widzów międzynarodowych. Żadne tam przypadkowe rzucanie z rzutnika na byle co i byle jak, byleby było (co dominuje niemal wszędzie). Zgrabnie wkomponowana w scenografię tablica, z literami dobrej wielkości, w odpowiednim kolorze, dawała pełen komfort odbioru. Myślę, że ten standard powinny naśladować wszystkie teatry, też podczas prezentacji w Szczecinie, gdzie gościmy widzów nie mówiących po polsku.

PS2 Na „Baalu” niestety być nie mogłam. Zdania widzów – skrajnie podzielone.