Baw w imię Ojca [RECENZJA]

akropolis-7

Magdalena Myszkiewicz, Adrianna Janowska-Moniuszko i Ewa Sobczak, w „Akropolis”, fot. P. Nykowski

„Akropolis” nazwę konkretnym must-watchem. Scena pełna jest tych znanych i najbardziej lubianych twarzy Teatru Współczesnego, stanowi znakomite exemplum stylu Anny Augustynowicz, intryguje monochromatyzmem, nasyca ucho doskonale przygotowaną oprawą muzyczną. Czegóż więcej może zażyczyć sobie teatroman? Postawić stopę na Wawelu…? O spektaklu pisze Ola Kądziołka.

Panta rhei!

Kamienne twarze tak doskonale zamknęły w sobie uczucia. Na wieki szczęśliwe, na zawsze płaczące postaci. Niezmienne od lat. Czy to nie nudne? Czuć jedno i tylko jedno. Ubrania zdążyły już poszarzeć, stały się czarne od brudu. Niektórym może opadły kąciki ust i wykrzywiły w nieznośny grymas. To z czasu? Czy z bólu? Trzeba poprawić. Na jakiś czas schować pod folią, jakby okryć welonem, zasunąć prześcieradło na twarz, żeby ktoś przypadkiem, zerkając ukradkiem, nie zwątpił w chłodną stałość.

Zapomnieli o sobie? O planach, które snuli przed zamknięciem ich w figurach? Czy te harfiarki nad ołtarzem naprawdę potrafią grać na harfach? Pamiętają jeszcze swoich ukochanych? Czy w ogóle zdążyły kogoś pokochać?

Wszystko płynie. Krew w posągach, gobelinowych postaciach, leżących rzeźbach. Nam trzeba się zatrzymać, zasnąć, zamknąć nocą oczy, aby im się podniosły powieki, poruszyły skostniałe ręce, serce zabiło uczuciem.

Nowym się narodzić

Cóż zrobić z godziną takiego życia, będąc dopiero co zbudzonym z kamiennego snu? Można wiele. Stoczyć bitwę, przeżyć pierwszy pocałunek, wspomnieć stare lata lub rzucić okiem w przyszłość. Wypełnić przeznaczenie. Minąć lub trwać.

Kto skostniały? Komu życie niemiłe? Kogo nuda gnieździ w sidłach? Kto uwięziony w nieszczerym uczuciu? Niech teraz powstanie, to jego czas. Niekończąca się, katedralna noc, gdzie nie możesz czuć się sam. Tu się zmartwychwstaje. Tu się widzi cuda i dziwy. Tu nie ma ciszy, bo tupią błogosławionymi stopami wszyscy święci i święte Boże, wystukują sobie miłosne zaklęcia, klaszczą, bawią się, nowymi się rodzą. Otwarte usta nucą pieśni, by wychwalić w końcu, po tej grobowej ciszy, Tego, co należy. Tego, co na ołtarzu najcięższe ma zadanie – dźwigać wiekami ten sam, a coraz większy krzyż. Korzystaj z czasu, posągu. Nie marnujcie godziny, damy z gobelinów.

Którędy na Wawel?

Prosto. Droga na Wawel nie jest wcale skomplikowana. Sam Wyspiański uważał, że tam zbiegają się wszystkie ścieżki- mitycznych familii, biblijnych narodów, wyniesionych na ołtarze Kościoła. Powrót już tak łatwy nie jest. Nachodzi myśl o trudzie samego życia, snu i zabawy.

Trzeba na chwilę okryć się folią, zdjąć, naprawić nieprzyjemny grymas. Odetchnąć od gonitwy, by potem wstać i cieszyć się tą pobudką. Kochać- miłować! W imię Tego, Który obudził teraz i obudzi jeszcze kiedyś- już naprawdę, wskrzeszając do życia na wieczność. Ale to nie jest już tak proste, jak sama droga na Wawel, jak sama droga do teatru.

Dlaczego „Akropolis” to must-watch? Bo kiedy milkną ostatnie oklaski, z miejsc powstają kamienne posągi. I, chociaż w uszach tli się jeszcze smutna, żałobna melodia, nie boją się tupać, pstrykać, wystukiwać sobie szyfry. Na spektaklu się zasypia, łagodzi wykrzywione rysy, aby – gdy zasną już rzeźby na scenie, wstać za nie i Katedrą uczynić cztery ściany własnej egzystencji.

14055045_826593484144206_2411404554049125427_n

 

Tekst w cyklu „Nowe blogowanie”

Autorka: Ola Kądziołka